Kilka tygodni temu miałam okazję - po raz pierwszy odkąd jestem muzułmanką (w maju stuknie siedem latek) - wybrać się na niemuzułmańską imprezę. Żenił się mój starszy brat. Bardzo cieszyłam się na to wydarzenie, bynajmniej nie z powodu imprezy, ale z faktu, że mój brat postanowił zrobić ten odpowiedzialny krok. Niemniej jednak tutaj będzie o dylematach, jakie mogą narastać w muzułmance z racji uczestnictwa w tego typu uroczystości, oraz negocjacjach, jakie musiałam przeprowadzić ze sobą i z rodziną.
Pytanie nr 1: Czy ja, muzułmanka, w ogóle powinnam, w świetle zasad mojej religii, uczestniczyć w ślubie chrześcijańskim i niemuzułmańskim weselu?
Odpowiedź jest dla mnie raczej jasna: dla spokojnego i czystego sumienia – raczej nie. Dlaczego? Jeśli chodzi o ślub w kościele, to jest tak: muzułmanie możemy wchodzić do kościoła, a jakby trzeba było nawet możemy odprawić tam nasze modlitwy, ale już inną sprawą jest uczestnictwo czy bycie obecnym przy obrządku chrześcijańskim. Niestety w liturgii mszalnej występują elementy, które w islamie uznane są za największy grzech, tzw.
szirk, jak modlitwy do innych niż Bóg, np. do Jezusa, Marii, pokój z nimi, świętych, czy samo uznanie Jezusa, pokój z nim, za syna Boga i nazywanie go takowym. I większość muzułmańskich mędrców tak nas naucza – że na mszę nie wolno. Aczkolwiek ponieważ znajdziemy wśród nich głosy, że możemy jednak zaszczycić naszą obecnością takie chwile, postanowiłam nie dywagować i posłałam męża, by zapytał kogoś mądrego, co powinnam zrobić: iść na mszę, czy nie iść. Przyniósł jasną odpowiedź: nie. Decyzja zapadła: na mszę nie pójdę.
Potem, na weselu jest tyle rzeczy, przed którymi islam nas chroni i przestrzega, aż okazuje się, że to też nie miejsce dla nas. Mianowicie są to:
- muzyka, bynajmniej nie o tematyce religijnej, dużo głośniejsza niż zwykle zresztą – zabroniona (patrz: Muzyka w islamie);
- mieszanie się obcych mężczyzn i kobiet, kontakt fizyczny, wspólne tańce – zabronione (czytaj tu);
- picie alkoholu, siedzenie przy stole, przy którym inni piją – zabronione: Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) zabronił siedzenia przy stole, gdzie pite jest wino. Przekazano, że Umar ibn al-Chattab (oby Allah był z niego zadowolony) powiedział: „Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) powiedział:„Ten, kto wierzy w Allaha i Dzień Ostatni, niech nie siedzi przy stole gdzie pite jest wino”. [Ahmad, 126; sklasyfikowany jako autentyczny (sahih) przez al-Albani w Irwa al-Ghaliil, 7/6]
To tak w teorii, a w praktyce okazało się, że z powyższego wynikają jeszcze inne nieprzyjemne dla muzułmanki sytuacje, o których dawno zapomniałam z racji niebywania w takich miejscach, o czym za chwilę.
Pytanie nr 2: Czy zdobędę się na to, żeby nie iść w ogóle, ani na ślub ani na wesele? I jak to wyglądało w praktyce?
Jeszcze zanim nadszedł „wielki dzień”, zdarzyło mi się kilka wpadek. Najpierw, usadzając z moją Mamą gości z naszej rodziny przy wyimaginowanym stole na kartce papieru, zorientowałam się, że moje trzy kuzynki (w wieku licealnym i studenckim) siedzą same, bez osób towarzyszących. Zdziwiło mnie, że brat pominął ten fakt, bo dziewczyny są rozrywkowe, a wśród gości nie zapowiadało się na obfitość singli, tak żeby miały się z kim pobawić. Wykonałam zatem telefon do brata, co on na to, żeby jednak się zapytać, czy chcą kogoś ze sobą zabrać. Okazało się, że moje siostry cioteczne maja stałą ekipę kolegów na wesela (którzy potem okazali się duszami towarzystwa; rozkręcili całą imprezę i obtańcowali wszystkie panie od najmłodszej do najstarszej – no dobra, za wyjątkiem mnie ;-) rzecz jasna) i że z nimi przyjadą. Dopiero po fakcie zdałam sobie sprawę, że przyłożyłam własną rękę do tego, żeby trzem młodym dziewczynom towarzyszyli obcy (z punktu widzenia islamu) mężczyźni, dotykali je i tańczyli z nimi. Zderzenie perspektyw islamskiej i przed-islamem przyprawiło mnie o spore wątpliwości, czy dobrze postąpiłam - niestety dopiero po fakcie....
Podobnie było z pierwszym tańcem. Państwo młodzi odłożyli tę sprawę na dwa dni przed weselem. A wybrali sobie niełatwy kawałek - rumbę. Nauczyciel tańca powiedział im, że w sprawie rumby nie jest w stanie nic zrobić w tak krótkim czasie, ewentualnie może postarać się o walca, co nie bardzo było po myśli mojemu bratu lubiącemu oryginalność. Ponieważ wcześniej już pokazałam mu krok podstawowy do rumby (tańczyło się towarzyskie swego czasu), zaczął ładnie prosić, bym im jednak pomogła. Z początku powiedziałam, że nie. Jednak później, chęć uratowania sytuacji i pomocy bratu zainspirowała mnie do ułożenia krótkiej jednominutowej choreografii. Ćwiczyliśmy dwa dni, mimo że kiedy przyszło co do czego, zatańczyli tylko krok podstawowy i parę obrotów. I czy dobrze zrobiłam przyczyniając się do tego, że dwoje obcych sobie jeszcze (znów w świetle islamu) ludzi tańczyło ze sobą przy zabronionej muzyce przed i potem na weselu? Z drugiej strony, pewnie i tak by to zrobili, i tak tańczyli ze sobą już nie raz, ale wolałabym była jednak, dla spokoju ducha, uniknąć udziału w tym.
Kolejna nieoczekiwana sytuacja zdarzyła się, kiedy na kilka dni przed weselem razem z Mamą pojechałyśmy do miasta załatwiać różne pilne sprawy. Odkąd mam prawo jazdy, wyręczam Mamę za kółkiem, co sprawia nam obu ogromną frajdę. Na liście sprawunków nie było nic, co wzbudzałoby podejrzenia. Jednak kiedy wpadłyśmy do jej gabinetu (Mama jest lekarzem), przypomniała sobie nagle, że musi przecież odebrać wina zamówione na wesele w nowym sklepie z winami tuż na przeciwko jej miejsca pracy. O zgrozo, myślę sobie! Najpierw musiałam zakomunikować Mamie, że nie pójdę z nią do sklepu i nie pomogę przytachać skrzynek z winami. Sumienie gryzło mnie jak nie wiem co, bo Mama była zmęczona i od kilku dni doskwierał jej łokieć; poza tym z zasady nie pozwalam, by cokolwiek dźwigała w mojej obecności. A kiedy już przytaszczyła skrzynki i zapakowała je do bagażnika, znalazła mnie na miejscu pasażera wręczającą jej kluczyki, aby dalej prowadziła ona. A wszystko to ze względu na słowa Proroka, pokój z nim: „Dziesięć rzeczy związanych z khamr (winem, napojami alkoholowymi, ogólnie środkami odurzającymi) zostało przeklętych: khamr sam w sobie został przeklęty; ten, kto go pije; podaje; sprzedaje; kupuje; wytwarza; kto o niego prosi; kto go przynosi; ten, dla kogo się go niesie i ten, kto zjada jego cenę”. [Imam Ahmad, Abu Daud i Ibn Madżah] W przypadku alkoholu postanowiłam pozostać nieugięta. Chwała Bogu.
Możecie sobie wyobrazić, że w polskiej katolickiej rodzinie opuszczenie mszy ślubnej przez jednego z członków to nie byle jaka rzecz, mogąca urosnąć do zniewagi i braku tolerancji – a co za tym idzie nieprzyjemności ze strony najbliższych. Musiałam zatem znaleźć sposób, aby wytłumaczyć własnej rodzince, jak również swachom, czyli teściom brata, że we mszy udziału nie wezmę. Dzieki Bogu, sprawa nie okazała się aż tak trudna. Główny bohater – mój brat, nie wyraził zdania na temat, jego już dziś małżonka zaakceptowała wiadomość również bez pytania; Mama przyjęła to z właściwą jej naturalnością, ale kiedy Tata zaczął oponować, przyłączyła się do niego z pytaniami (choć u niej bardziej wynikają z ciekawości niż chęci protestu): no bo dlaczego, a co mi szkodzi, przecież muzułmanie i chrześcijanie mają takie rzeczy już za sobą - ile razy modlili się razem w kościele na różnych konferencjach dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego, że przecież nawet nie muszę się modlić, etc. Teraz, przyszła kolej na mnie. Powiedziałam wprost, że biorąc pod uwagę moje zasady, w ogóle nie powinnam iść ani tu ani tam, i że idąc na samo wesele, gdzie będzie bardzo dużo (właściwie większość) rzeczy wg mnie złych i zabronionych, robię i tak wielki wysiłek i sporo omijam, z czym nie jest mi lekko na sumieniu. Chciałam, żeby zrozumieli, że takie wydarzenie wiąże się dla mnie z ukrywanym złym samopoczuciem (mimo dobrej miny) i wieloma dylematami moralnymi, których oni nie mają, i o których wiedzieć przecież nie muszą. I podziałało, chwała Panu. Moja rodzina to naprawdę wyrozumiali i tolerancyjni ludzie.
Potem przyszedł moment, kiedy odwiedziły nas swachy i Mama chcąc uprzedzić, co by nie było niespodzianek w dniu wesela, powiedziała swachowi, że mnie na ślubie nie będzie. Teść mojego brata to bardzo otwarty człowiek. Już wcześniej wypytał o masę rzeczy, nie tylko związanych z islamem i nie było dla niego problemem zapytać, dlaczego nie wybieram się do kościoła. I powiem Wam, że lubie taką postawę u ludzi, bo często mam wrażenie, że większość nie ma śmiałości pytać albo wydaje im się to tematem prywatnym, tabu, którym można urazić. Wytłumaczyłam grzecznie, że problemem nie jest samo wejście do kościoła, lecz niestety we mszy są elementy zabronione w islamie, przy których nie mogę być obecna. To wystarczyło bez potrzeby wdrażania się, jakie konkretnie...
Na weselu, mimo wszystko, postanowiłam się pokazać. Podejrzewam, że bratu bardzo na tym zależało i cieszył się z mojego udziału w tak ważnym dla niego wydarzeniu życiowym, zresztą nie tylko on, ale i moi rodzice. Zrobiłam to zatem dla nich, dla zadowolenia rodziny... Tu pojawia się największy dylemat: kogo wolisz zadowolić – Boga (wystrzegając się niemiłych Mu rzeczy) czy bliskich? I, co gorsza, na czyj gniew wolisz się narazić: Boga, czy rodziny?
Jak potoczyła się impreza? Wśród zgromadzonych znajdowali się znajomi rodziców, którzy pamiętają mnie jeszcze z wieku przedszkolnego, moi znajomi z dzieciństwa i podwórka oraz inni już z czasów liceum. Większość dawno nie miała okazji mnie widzieć, tak samo ja ich (w Polsce nie mieszkam od 7 lat), a to zobowiązuje i wzbudza ciekawość. Co rusz ktoś podchodził, chciał sobie zrobić zdjęcie, chwilkę porozmawiać, sprawdzić, czy jednak szczęśliwa jestem z mężem Arabem i z niełatwą, ograniczającą mnie z pozoru religią (pytanie o moje szczęście padło podejrzaną ilość razy, tak samo jak stwierdzenie: „niełatwą wybrałaś sobie drogę” - obydwa ze znaczącą dozą troski w tonie głosu pytających, stąd nieinaczej interpretuję pobudki... ). I oczywiście ze strony pań nie ma problemu, jednak kiedy panowie przystąpili do wykonania tego zadania, przypomniałam sobie nagle o niekontrolowanym geście delikatnego ujęcia za ramię, bądź nawet za łopatkę, na jaki pozwalają sobie w rozmowach z kobietami przy takich spotkaniach. Dotknięcie mnie w ten sposób było dla nich czymś absolutnie naturalnym, podczas gdy mnie wprawiało w osłupienie – na przestrzeni ostatnich lat zapomniałam, że coś takiego istnieje! Tak samo przybliżenie męskiego ucha do mojej buzi, kiedy coś mówiłam - ogłuszająca muzyka uniemożliwiała rozmowę na „właściwą” odległość – budziło we mnie odruch odskoku. I jak tu wytłumaczyć 20 dorosłym facetom przysłowiowe „rączki i uszki przy sobie”? Byłoby to zbyt uciążliwe, i tak sporo wysiłku włożyli w zahamowanie odruchów całuśnych przy powitaniu, ograniczając się do podania mi dłoni, a ja w tłumaczenie każdemu z osobna, że nie dostąpią zaszczytu zatańczenia ze mną... Mimo dobrej miny, czułam się z tym wszystkim bardzo niewygodnie...
Po przybyciu państwa młodych, na początek toast szampanem, z którego byłam wykluczona (o zestawie wegetariańskim pomyślano, dzięki Bogu, ale nie wymagałam kieliszka z sokiem jabłkowym i wodą sodową specjalnie dla mnie na pierwszy toast, hehe). „Sto lat” zaśpiewałam razem ze wszystkimi – nie powinnam była. Niestety, z tyloma niewskazanymi dla mnie rzeczami, jakich byłam świadkiem, trudno było mi zapanować do końca, co wypada a co nie... Zasiedliśmy do stołu. Usadzono mnie fatalnie - przy samym parkiecie (sic!), z którym przecież i tak nie miałam mieć wiele wspólnego... Widok rozbrykanych w rytm muzyki par również nie stanowił dla mnie atrakcji... Jedyne co z tego wynikło to, że rozmawiając z osobą obok, musieliśmy starać się przekrzyczeć dudniące głośniki. W parę sekund, za co chwila ponawianymi namowami DJ-ja, kieliszki na stole zostały napełnione i zaczęły się toasty – ja więc znalazłam się przy stole, gdzie jest pity alkohol, a w Boga i Dzień Ostateczny wierzę... Potem była gorzka wódka – na co wraz z młodszym bratem odwróciliśmy wzrok (jego mdliło, hehe, a ja nie lubię poznawać intymnych aspektów życia innych ludzi, tym bardziej mojej rodziny, ani werbalnie a już broń Boże stać się ich naocznym świadkiem!). Zdarzył się też konkurs na najbardziej rozbawiony stół na sali, a że siedziałam z młodzieżą, której wyobraźni nie brakowało, musiałam oddalić się na chwilę, kiedy zaczęli wchodzić pod stoły, itp.
Najbardziej nieprzyjemne chwile na całym weselu zaserwował mi jeden znajomy z dzieciństwa, rówieśnik, którego nie widziałam ponad 10 lat. Głębokie, zdradliwe kieliszki i lekka głowa w jego wydaniu zmusiły mnie w pewnym momencie do wydania jasnego komunikatu: „Kolego, 30 cm dystansu ode mnie”. Minęły lata odkąd po raz ostatni miałam do czynienia z ludźmi pod wpływem alkoholu. Jak wyraźnie zobaczyłam tamtego dnia, co ów napój potrafi zrobić z człowiekiem, zamienia go w inną osobę, która nie kontroluje swoich słów, ruchów, czynów... Dziś wiem, dlaczego jest zabroniony i że to jest dla nas – ludzi, lepsze.
Suma sumarum, nie mam wątpliwości, że to była próba, i że nie zdałam jej do końca pomyślnie... Moja rodzina jest zadowolona, ale ja... mam sporo do odpokutowania i czy Bóg jest ze mnie zadowolony? Postanowiłam, że nigdy więcej nie powtórzę owego błędu, insza Allah.