Magdalena S.
czerwca 08, 2011
szczęśliwa muzułmanka
Magdalena S.
kwietnia 17, 2011
jestem muzułmaninem
marca 16, 2011
wyspa skarbów - islam
marca 09, 2011
jestem muzułmanką (4)
lutego 11, 2011
jestem muzułmanką (3)
grudnia 27, 2010
jestem muzułmanką
października 21, 2010
konwertyta Faisal Xavier
Zawodnik przyznał, iż jest mu przykro porzucać uprawianie profesjonalnego sportu, ale jednocześnie dodał, że jest szczęśliwy z powodu odnalezienia nowej wiary. - Mimo iż jest to pożegnanie z piłką, wierzę, że teraz będę brał udział w czymś szczególnym. Islam jest częścią mojego życia - powiedział Xavier.
- Cieszę się, że to właśnie w islamie znalazłem pocieszenie w trudnych chwilach mojego życia. Dowiedziałem się, że jest to religia pokoju, wolności i nadziei. To niezwykle istotne dla mnie jako człowieka - dodał były reprezentant Portugalii. Xavier powiedział także, iż rozpoczął działalność charytatywną w Organizacji Narodów Zjednoczonych.
czerwca 22, 2010
Moja droga do islamu
Moja historia hmm... tak, zaczęła się, gdy przyjechałam do UK (wyjechałam po liceum by nauczyć się angielskiego i iść na studia). W UK poznałam ludzi z innych zakątków świata, mających inny kolor skory, inne wyznania czy kulturę, nie wspominając o języku. Jako 19to latka miałam trochę wąskie pojecie o świecie wiec mieszkanie w Londynie było dla mnie wpierw wyzwaniem, a potem szkoła. Nauczyłam się przede wszystkim tolerancji, tak, ale... nie do końca. Była jedna grupa ludzi, którzy bardzo działali mi na nerwy - muzułmanki. Te "chuściary, co sobie myślą, że jak maja kawałek szmaty nagłowie to są lepsze od innych" - miałam takie odczucie po tym, jak kilka razy muzułmanka zmierzyła mnie wzrokiem jakbym była nie godna w ogóle koło niej stać - było mi przykro i szybko to uczucie przerodziło się w nienawiść. To uczucie było tak silne, że nie potrafiłam się powstrzymać by atakować muzułmanki a i w końcu też cały Islam przez Internet (uznałam internet za dość bezpieczną wersję ataku), wiec wyzywałam i szydziłam z nich i z Islamu jak tylko mogłam, tak by sobie ulżyć, udowodnić że mam racje myśląc to co myślę:) So pathetic... Ku mojemu szczęściu grupa muzułmańskich internautów zaczęła odpowiadać na moje zarzuty, co do Islamu, obelgi czy jakkolwiek to, co pisałam można nazwać..To, co do mnie pisali tak mnie bolało...Dostawałam zielonej gorączki ponieważ nie potrafiłam sie z nimi kłócić, nie potrafiłam zaprzeczyć prawdziwości tego co mówią! Nie potrafiłam obalić ich argumentów. Ostatecznie miałam ochotę wydrapać tym ludziom oczy przez ekran mojego komputera bo..byłam taka bezsilna. Jako żarliwa katoliczka nagle zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę mało rozumiem ze swojej religii i ze jedyne co w głowie mam to "miłość do ukrzyżowanego Chrystusa" - wiec zaczęłam biegać po "konkretną wiedzę" do księdza, tak jakby 13 lat nauki religii w ogóle nigdy nie miało miejsca. Prosiłam, aby wytłumaczył mi to, tamto, dlaczego jest tak, czemu nie robimy tak jak tu w Biblii jest napisane, co Jezus miał na myśli mówiąc:
"Moja nauka nie jest moja, lecz Tego, który Mnie posłał. Jeśli kto chce pełnić Jego wolę, pozna, CZY nauka ta jest od Boga, CZY tez Ja mówię od siebie samego" (Jan 7:16-18)? Dlaczego w ST pisze, że Bóg to nie człowiek ani tez nie syn człowieczy (Ks. Liczb 23:19)?! Dlaczego w NT w 1 liście św. Jana 4:12 pisze, że: "Nikt nigdy Boga nie oglądał"? no i gdzie jest ta "jedność w Trójcy" gdy w Ew. św. Marka 13:32 jest napisane: "Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec"? a co to w ogóle znaczy: "Bogu SAMEMU złóż pokłon, świadectwem, bowiem Jezusa jest duch PROROCTWA" (Apokalipsa 19:10)?
dlaczego sam Jezus nie przestawia się na równi z Bogiem mówiąc: "Czemu nazywasz MNIE dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko SAM Bóg" (Marek 10:18)??? Albo jak to jest, ze trzy osoby są jednym, ale, do każdej modlimy się osobno? albo gdzie do jasnej anielskiej była jedna trzecia Boga, gdy Jezus niby umarł i był w takim oto stanie przez niby 3 dni? i tak dalej i tak dalej...
Pytania mnożyły mi sie jak króliki na wiosnę. Jednak większość moich pytań dostawała odpowiedź: "to jest wiara, w wiarę się wierzy, a nie rozumie" albo "to jest wielka tajemnica wiary, bądź silna w swojej wierze".
Może księdzu takie tłumaczenie wystarczało, ale mi nie. A propos, cala ta sprawa z "tajemnicą" zaczęła mi sie od tego momentu kojarzyć z koniem i marchewką. Ale ok, nieważne, ja jestem osoba, która zawsze chce mieć rację, nie cierpi przegrywać, dąży do upadłego by udowodnić swoje racje, nawet kosztem "dorabiania teorii" wiec dalej brnęłam w te moje rozmowy z muzułmanami sprzeczając się "która religia jest prawdziwa". Po paru miesiącach nie mogłam już spać, oczy miałam czerwone od płaczu. Straciłam wiarę. Wszystko stało się bez sensu. Trwało to jakieś parę dni, taka czarna dziura. W międzyczasie oglądałam filmiki na youtube, szczególnie wypowiedzi szeicha Yusuf Estes zwalały mnie z nóg. No i już dłużej nie mogłam. Schowałam dumę do kieszeni i…przyznałam się do błędu. Wypowiedziałam moją szahadę w uniwersyteckim pokoiku, sama, ze zwieszoną głową, jak dziecko które naprawdę nabroiło. Wtedy takie cudowne uczucie mnie ogarnęło. Przez tydzień chodziłam jakby w moim ciele siedział duch, który wypełniał moje ciało od głowy aż po czubki moich palców, czułam się tak lekka, wręcz lotna... Teraz też będę walczyć, ale w imię Islamu, jeszcze mocniej i bez zachwiania, jak żołnierz, bo...mam podstawy by wierzyć, mam dowody, mam logikę!!! Teraz czuję się szczęśliwa, bezpieczna. Alhamdulilah!!! A gdy słyszę słowa "oto boże ciało" dopada mnie dreszcz - teraz zadaje sobie pytania: jak ci księża mogą to robić? dlaczego ci ludzie na klęcznikach nie zadają pytań? In sza Allah więcej ludzi przejrzy na oczy, tak jak ja. In sza Allah (jak Bóg da)…
Ola
maja 13, 2010
Mój mąż muzułmanin
Mąż był bardzo wyrozumiały i jedyne o co poprosił, to żebym chociaż spróbowała od czasu do czasu poczytać tłumaczenie Koranu. Zgodziłam się. Niedługo po ślubie, ponieważ nasza sytuacja ekonomiczna w Stanach była bardzo słaba a nie byliśmy w stanie zarobić na godne życie, przeprowadziliśmy się do Kuwejtu,.
W chwili, kiedy postawiłam stopę na Kuwejckim gruncie znalazłam się w zupełnie nowym świecie: przepełnionym islamem, muzułmanami i kulturą arabską, którego mieszkańcy myśleli w zupełnie inny sposób. Szczerze mówiąc byłam głęboko wstrząśnięta: nie rozumiałam nowego otoczenia i pojęłam zachowanie ludzi jako ślepy fanatyzm. Jedyne o czym marzyłam do wskoczyć z powrotem do samolotu i odlecieć jak najdalej od tego dziwnego Nowego Świata.
Mój mąż był u mojego boku, gdy stawiałam pierwsze niepewne kroki w nowej rzeczywistości. Kiedy stwierdziłam, że kuchnia jego matki jest zbyt ostra i niestrawna dla mnie, zapewniał mnie, że inne rodzaje potraw są łatwo dostępne, włącznie z amerykańskimi „specjałami” typu McDonald’s czy Pizza Hut. Gdy umierałam z tęsknoty za rodziną pozostawioną w ojczyźnie, pocieszał mnie całe noce i proponował, że zabierze mnie „do domu”. W ciągu tych dwunastu lat w każdym szczęśliwym momencie, jakiejkolwiek chorobie czy chwilach chandry, kiedy nie umiałam zmusić się do uśmiechu mój mąż był przy mnie i trzymał mnie za rękę.
Jest moim najlepszym przyjacielem, powiernikiem i ojcem moich dzieci. Na równi ze mną zmieniał pieluchy, sprzątał rozlane kaszki i znosił wahania nastroju w czasie moich ciąży. Nic nie pozbawiało go panowania nad sobą – nawet dzieci wymiotujące na nowiutką koszulę i konieczność zmycia sterty naczyń, kiedy byłam zbyt zmęczona by się ruszyć.
Bardzo żałuję, że muzułmańscy mężowie są tak obsmarowywani przez zachodnie media. Często mąż muzułmanin jest przedstawiany jako tyran zmuszający żonę do dźwigania „garbu islamu” w postaci hidżabu. A przecież w rzeczywistości bardzo często, bo jednak nie zawsze, islamscy małżonkowie decydują się na islamski sposób ubioru, ponieważ jest on określony przez Koran i przez tradycję Proroka Mohammeda. Nie jest to forma przymusu czy osobistego kaprysu.
Allah Najwyższy mówi (interpretacja znaczenia):
Powiedz wierzącym kobietom, żeby spuszczały skromnie swoje spojrzenia i strzegły swojej czystości; i żeby pokazywały jedynie te ozdoby, które są widoczne na zewnątrz; i żeby narzucały zasłony na piersi, i pokazywały swoje ozdoby jedynie swoim mężom lub ojcom (…) [Koran 24:31]
Nie znaczy to, że mąż nie prosił mnie o czytanie Koranu. Jego delikatne i czasem dokuczliwe prośby opłaciły mu się. Zaczęłam czytać Koran i mój głód wiedzy islamskiej rósł z każdym dniem. Szukałam i dociekałam, aż między kartkami Koranu znalazłam prawdę, której szukałam chyba całe życie. Postanowiłam zostać muzułmanką i poszłam do sklepu kupić swój pierwszy hidżab – wszystko sama!
Wtedy mąż przyjął nową funkcję - stał się moim nauczycielem. Wyjaśniał mi wszystko, uczył pościć i modlić się. Kiedy myliłam się lub coś mi się nie udawało, nie beształ mnie, ale mnożył swój własny wysiłek, by nauczyć mnie wszystkiego poprawnie.
Jego cierpliwość była nieskończona, jak moje odchudzanie… Chciałam wiedzieć wszystko o islamie. To pragnienie nie obudziło się we mnie nagle, na zasadzie objawienia, w ciągu jednego wieczoru, ale dzięki jego cierpliwości i delikatności. Niemniej jednak istniało.
Islam przyniósł spokój mojej duszy i nadał pogodny klimat naszemu ognisku rodzinnemu. Od kiedy jestem muzułmanką jestem mniej zestresowana i mniej martwię się o przyszłość. Znalazłam w sobie nieznane pokłady cierpliwości dla rodziny i otoczenia. Już nie frustrują mnie codzienne życiowe porażki. Dzięki Koranowi i tradycji Proroka (pokój z nim) nauczyłam się o co w tym życiu na prawdę chodzi i swoją energię przeznaczam na to, co jest na prawdę pożyteczne – na dobre uczynki, które pomogą mi, za pozwoleniem Allaha, otworzyć drzwi Raju.
listopada 07, 2009
zmieniłam wiarę

października 25, 2009
czerwca 07, 2009
"Polacy to tacy mili ludzie, gdyby tylko
Wow (jak to mówi moja trzyletnia córka), mogłabym wymieniać i wymieniać, pisać i pisać o ludziach, którzy stosunku swego do mnie nie zmienili bo zmienił się mój styl życia. O ludziach dobrych, myślących, kulturalnych, tolerancyjnych, nie uprzedzających się do innych jedynie dlatego, że są inni.
Takich Polaków mam nadal szansę poznawać - dzięki niniejszemu blogowi jak również dzięki blogowi o Arabii Saudyjskiej - i uczyć się od nich (Was) wielu rzeczy! I choć zdarzają się setne sekundy kiedy powieje chłodem - to ludzi przedkładających to, co jest nam wspólne nad to, co nas dzieli - jest zdecydowanie więcej! I za to dziękuję Bogu, i za to im - Wam - wszystkim należą się ode mnie podziękowania - za umiejętność dostrzegania w człowieku - człowieczeństwa.
Umm Latifa
maja 20, 2009
w poszukiwaniu prawdy
Kilka lat później, gdy byłam już małą dziewczynką owijałam się w stylu mumii w zasłony okienne i bawiłam w siostrę zakonną. Zasłony miałam do wyboru w dwóch zestawach (choć niezupełnie ten wybór był realny, skoro zawsze jeden z zestawów wisiał na moim oknie balkonowym) żółty i pomarańczowy; był to niegniecący się, syntetyczny typ powszechnych zasłon komunistycznych. Pomylić z zakonnicą mógłby mnie więc tylko człowiek ślepy, lecz nie przeszkadzało mi to prezentować się dumnie przed wielkim lustrem (które z trudem musiałam wcześniej przytachać z przedpokoju do mojego królestwa) i oglądać z zachwytem mą szatę (i różne kompozycje zwijania jej, które wypróbowywałam), me zgrabne pozycje greckiej statuetki oraz mój chód z przeszkodami po pokoju tam i z powrotem (zasłony były bardzo długie i plątały się pod stopami pomimo desperackich czasem prób poskromienia ich).
Potem przyszedł czas na zabawy w księdza. W czasie rodzinnych niedzielnych wizyt obiadkowych u dziadka gromadziłam potrzebne mi do odprawienia nabożeństwa akcesoria, ustawiałam na środku pokoju krzesło od tej pory grające rolę ołtarza, mała dekoracja, biały podłużny obrusik na wierzch, zloty kielich na środek (czytaj plastikowy kieliszek pomalowany na złoto, uwaga: bez wina, nie pamiętam co zwykłam w nim pijać, ale zapewne wodę mineralną, albo dziadkowy rabarbarowy kompot) i przede wszystkim skarbczyk do ręki. Odpowiednio przyodziania dostojnie zajmowałam miejsce przed krzesełkiem-ołtarzem i z otwartej ściągawki (skarbczyka) recytowałam partię księdza. Jako że niestety ani razu nie dane było mi posiadać rzeszy wiernych, która zechciałyby uczestniczyć w odprawianych przez mnie nabożeństwach, musiałam recytować prócz partii księdza także partie publiki. Oczywiście nie mogło się obyć bez śpiewania psalmów w moim wykonaniu (a wierzcie mi, że nie mam pięknego głosu) i odpowiedniego „księżego” zawodzenia.
Czasy dzieciństwa szybko minęły i jako dorastająca nastolatka postanowiłam zostać aktywistką-feministką. Złożyłam z moją ideologiczną towarzyszką śluby o nieposiadaniu chłopaka przez najbliższy rok (w tym wieku go oczywiście nie miałam i nie miałam zamiaru mieć i w przyszłości, dlatego też śluby miały być ponawiane). Nasza przysięga została uroczyście zapieczętowana rytualnym obcięciem kampionów z tego co się dało z naszych ciał (włosy, brwi i bodajże paznokcie, żadnych okaleczeń oczywiście) i spaleniem tych biologicznych próbek. Ażeby nadać nowym przekonaniom charakter nieco bojujący i aktywny należało wziąć się za zatwardziałych wrogów feminizmu. Jako pierwsza na ostrzał poszła religia katolicka. Tak też zaczytywałam się wyrywkowo w wersetach Nowego Testamentu mających świadczyć o dyskryminacji kobiet w moim ówczesnym mniemaniu (szczególnie dostało się nakazowi posłuszeństwa mężczyźnie). Jako że byłam (i jestem nadal) dość nieśmiałą osobą, z mojej interpretacji tych wersetów i innych ideologicznych dyskursów skorzystała publiczność składająca się z mojej mamy tylko i wyłącznie.
W konsekwencji przyszła niechęć do kościoła, zwątpienie i negacja boskiego pochodzenia Biblii, a w końcu po dłuższym czasie i istnienia Boga. Tu prosta droga do ateizmu. Moja bliska przyjaciółka w tym czasie postanowiła zostać Świadkiem Jehowy i zaczęły się próby z jej strony bombardowania mnie „Strażnicą” i „Przebudźcie się”, na co ja odpowiadałam uparcie artykułami o małpim pochodzeniu człowieka.
Mój feminizm zakończył się wraz z pierwszą „miłością” (dziś mogę słowo to wziąć w cudzysłów), która okazała się całkowitym przeciwieństwem władczego i samolubnego samca- jak wyobrażałam sobie gatunek męski.
Po jakimś czasie w me ręce wpadła autobiografia świętej Faustyny i jej żywe opisy Jezusa zainspirowały mnie i zachęciły do lektury Biblii. Wzięłam się więc za lekturę Starego Testamentu i żmudnie brnęłam przez jego księgi każdego dnia przed i po zajęciach (było to już w czasie studiów). Doszłam do wniosku, że Bóg jak najbardziej istnieje i cos w „tym” - czyli Biblii - jest. Postawiłam sobie za cel znalezienie najbliższej prawdzie religii szukając przy tym pomocy Boga i prosząc Go o wskazanie mi, gdzie leży prawda. Zaczęłam od poszukiwań w chrześcijaństwie i różnych jego odłamach. Po krótkim czasie uznałam jednak, że nurty protestantyzmu nie różnią się wiele od katolicyzmu co do ogólnych wierzeń, wyobrażeń Jezusa i głównych prawd wiary. Wybrałam wiec najłatwiejsze rozwiązanie, aby odnaleźć Boga - uczęszczanie do kościoła katolickiego (z uwagi na najłatwiejszy dostęp). Zaczęło się codzienne uczęszczanie na msze święte, zakupywanie literatury katolickiej (która przekonała mnie w tamtym czasie, że Świadkowie Jehowy to niebezpieczna sekta, na czym ucierpiała oczywiście moja przyjaciółka…tym razem napastowałam ją wycinkami z prasy katolickiej i katolickimi opracowaniami na temat oszukańczych Świadków Jehowy), spowiedź, droga krzyżowa itd. Była nawet myśl o wstąpieniu do zakonu, która się jednak szybko ulotniła wraz z całą otoczką. Dlaczego? Myślę, że powodem było to, że w tych gorliwych praktykach nie czułam się sobą, nie byłam naturalna. Znajomi mnie nie poznawali, a i ja sama czułam się jak w obcej skórze. Zaczęło mi nagle przeszkadzać i drażnić mnie wiele rzeczy, wszędzie dookoła dopatrywałam się zepsucia i upadku moralnego (przeszkadzała mi nawet obecność bielizny na wystawie sklepowej), byłam spięta i pełna negatywnych emocji. Nie czułam duchowego pokoju, żyłam jakby w innym świecie. Wszystko wiec prysło z dnia na dzień jak bańka mydlana (dosłownie) i od tego czasu już nigdy nie zawitałam w kościele. Pozostała mi jednak wiara w Boga i w Jego obecność w Biblii.
I tak pomału, nieświadomie zaczęłam obierać kierunek - islam. Złożyło się na to kilka małych (ale jakże ważnych) rzeczy. Jedną z nich było to, że widok modlących się muzułmanów i melodia adhanu (wołania na modlitwę) sprawiały, że przechodziły po moim ciele wibracje i ciarki spowodowane silnymi emocjami i zachwytem. Interesowałam się wówczas już od dłuższego czasu kulturą arabską (szczególne zamiłowanie żywiłam do muzyki arabskiej, z której później przyznam się, że z wielkim bólem musiałam zrezygnować) miałam wiec jako taki obraz islamu, był to jednak obraz daleki od perfekcji, niczym w krzywym zwierciadle, gdyż widziany oczyma chrześcijańskich orientalistów nie rozumiejących i źle interpretujących wiele elementów tejże religii. Zrozumieć niektóre wersety Koranu i kontrowersyjne hadisy pomogły mi internetowe strony o islamie, znalazłam na nich wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i wątpliwości. Dużą role odegrało i to, ze miałam okazje wziąć udział w dwóch wykładach o islamie (prowadzonych przez muzułmanów) i odwiedzić meczet asystując przy modlitwie. Obserwując modlące się muzułmanki wiedziałam już w głębi serca, że będę kiedyś jedną z nich i że tu kończą się moje poszukiwania najbliższej prawdzie religii. Pewność ta okazała się słuszna, gdyż rok po tym wypowiedziałam szahadę (islamskie wyznanie wiary). Odnalazłam w islamie Siebie i wartości, które ukazały mi świat i sens życia z innej perspektywy, ale też jasność, logikę, zgodność faktów, harmonię i w efekcie przekonanie co do słuszności i prawdomówności tej religii. Cieszyło mnie, że islam nie jest nawet w najmniejszej swej części tworem ludzkim jak wiele elementów katolicyzmu (co jest charakterystyczne dla religii opierających się na duchowieństwie i ludzkim przewodnictwie, spójrz: papiestwo), ale wszystko co zawiera pochodzi bezpośrednio od proroków i samego Boga. Cieszyło mnie, że już nie potrzebuję pośrednika ani aby prosić Boga o wybaczenie, ani aby się do Niego modlić.
Na mój wybór bardzo duży wpływ miał także pewien sen, za którego sprawą kupiłam i przeczytałam Koran, oczywiście nie wszystko od razu rozumiejąc. Był to sen wyjątkowy, surnaturalny i pełen bogatej symboliki, niosący jedno przesłanie - moje miejsce jest w islamie. Pamiętam go bardzo dobrze, ale pozwólcie, że jednak zachowam dla siebie.
Tym zakończę historię mojego nawrócenia i poszukiwań Boga. Minęło kilka lat i dziś mam szczęście być szczęśliwą żoną i mamą, ale przede wszystkim Sobą, czyli muzułmanką, dziękującą Bogu za szansę, którą mi dał.
Drodzy chrześcijanie, panowie i panie, mam nadzieję, że nie uraziłam was doborem moich słów, piszę z mojej własnej perspektywy, perspektywy nawróconej osoby, w której oczach islam równa się prawdzie tak przeze mnie poszukiwanej.
Długo wahałam się, czy wysłać moje opowiadanie czy nie (to już drugie, pierwszego nie wysłałam- zrezygnowałam). Nie jestem osobą lubiącą się zwierzać publicznie, dlatego też podpisuję się prostu jako
Jennet
(słowo w języku arabskim oznaczające „ogrody” i występujące często w koranicznych opisach raju).
zdjęcie: meczet Hassana II w Casablance, trzeci pod względem wielkości meczet na świecie
maja 14, 2009
"dokłanie rok temu o godzinie 22:25 zostałam muzułmanką"
Zdecydowałam się na napisanie o mojej historii przejścia na islam. Co mnie do tego podkusiło? Może fakt, że dokłanie rok temu o godzinie 22:25 zostałam muzułmanką.Pamiętam ten dzień jak dziś. Był bardzo niespokojny. Wiedziałam, że moje życie zmieni się diametralnie. Rodzina była przygotowana na ten "szok", ale zawsze "Mamo, przechodzę na islam" teoretycznie nie wstrząsa tak bardzo jak w praktyce. Myślę, że nie muszę opisywać moich uczuć, które na mnie napłynęły po zostaniu muzułmanką, bo każda z Sióstr ich doświadczyla :) Pierwszy raz poczulam się naprawdę szczęśliwa.
Interesowałam się islamem rok przed podjęciem tej zmieniającej moje życie decyzji. Wiele niedomówień chrześcijańskich, brak nacisku na wiarę w moim domu i pomoc koleżanek/kolegów muzułmanów z krajów islamskich pomogły mi wybrać dążenie drogą Allaha.
Zmieniłam religię mając niespełna 17 lat. Wiedziałam, co robię i wiedziałam jak ważną decyzję podjęłam. Nie czekałam na żadne oklaski, bo wiem, że w domu wzbudzilam lekką kontrowersję, lecz mam bardzo wyrozumiałych rodziców, alhamdullilah i to właśnie w nich znajduję wsparcie. Nie jest łatwo być muzułmanką - nastolatką w mieście, gdzie o islamie ni widu ni slychu.. :)
Po paru dniach stąpania po nowej ścieżce życia wybrałam się do pewnego meczetu. Jako świeży "nabytek" islamu chciałam zdobyć więcej informacji od kobiet, które tam były. W meczecie była jedna muzułmanka - starsza pani. Gdy tylko dowiedziała się, że zmieniłam religię skomentowała jednoznacznie :"A po co ci to było? W sumie młoda jesteś, to sobie możesz. Czasami przychodzą tutaj starsze osoby, ale po co im na starość takie zmiany".
Przyznam, że te słowa wzbudziły we mnie smutek. Nie pojechałam tam by mnie klepano po plecach i gratulowania poprawnego wyboru, nie czekałam na to, liczyłam raczej na pewną pomoc w poszerzaniu wiedzy o islamie a tu bach.. niemiła niespodzianka :) Jestem muzułmanką ze świadomego wyboru, nikt mnie nie naciskal, wiedzialam, że to poważna decyzja a poczulam się tak, jakby kazano mi czekać do wieku średniego by zmienic religię. Przecież tu nie liczą się lata, a to co się czuje :) Każdy jest gotowy na zmiany w różnym czasie a ja jestem dumna, że Allah otworzył mi oczy tak szybko :) Alhamdulillah była to tylko jedna niemila sytuacja.
Islam całkowicie zmienił moje życie, podejście do niego i patrzenie na świat. Jestem wdzięczna Bogu za to, że poprowadził mnie właściwą drogą. Dziś w rocznicę mojego małego "święta" postanowiłam walczyć o pozwolenie noszenia hijabu. Być może brzmiało to dziwnie, lecz przez niepoprawny światopogląd i nietolerancję mogę wzbudzić wielkie kontrowersje i spowodować nieprzyjemności mojej rodzinie przez nałożenie chusty. Jak to mawia moja mama :"Wiesz, że nauczyciele i egzaminatorzy podczas matury mogą Cię bardzo szybko skreslić przez Twoją odmienność. Poczekaj z chustą do studiów." Niestety nie potrafię sobie powiedzieć "Cierpliwości kobieto, jeszcze tylko rok!" ;) Wierzę, że Allah mi pomoże i uda mi się to wszystko przezwyciężyć :)
Marlena
* * *
Niech Allah siostrze wynagrodzi podzielenie się historią na łamach bloga. Wszystkich, siostry i braci, którzy zechcieliby opisać swoje nawrócenie, zapraszamy! Piszcie do: strona.oislamie@gmail.com z dodatkiem "BLOG MUZUŁMANKI"
kwietnia 04, 2009
moja historia: Mona, były niedoszły Świadek Jehowy
Jakie pytania najczęściej słyszę, gdy Polacy dowiadują się, że jestem polską muzułmanką – konwertytką, i że mam męża Araba? Zdarza się, że patrzą ze współczuciem lub politowaniem, reagują zdziwieniem lub agresją. Czy to dla/przez niego przyjęłam islam? Czy nie bałam się wychodzić za niego za mąż? Czy nie brakuje mi Polskich świąt? Co na to moja rodzina? Niektórzy uważają, że zdradziłam moją wiarę i ojczyznę, inni, że jestem bardzo odważna, albo bardzo zakochana i naiwna. A jaka jest prawda?Na początku chciałabym sprostować jedną rzecz. Nigdy nie byłam katoliczką. Nie zostałam ochrzczona, bierzmowana, nie miałam komunii. Nie tęsknie za Bożym Narodzeniem ani Wielkanocą ani urodzinami, bo nigdy tego nie obchodzilam. Jestem byłym – niedoszłym Swiadkiem Jechowy. Mówiąc były mam na myśli, że urodziłam i wychowałam się w rodzinie Świadków i żyłam tą religią 20 lat. A niedoszły bo w przeciwieństwie do katolików, którzy chrzczą niemowlęta, chrzest Świadków jest świadomą decyzją dojrzałego człowieka, a ja nigdy nie zdecydowałam sie na to z powodu wątpliwości, które z czasem doprowadziły mnie właśnie do islamu. Jako Świadek uczyłam się z Biblii o prorokach, Dniu Sądu Ostatecznego i Zmartwychwstaniu, znałam na pamięć spis treści i wiedziałam gdzie szukać poszczególnych ksiąg. W mojej biblioteczce znaleść można było Biblię tysiąclecia, nowego świata, jak i przekład Jakuba Wujka. Nie wierzyłam w Trójcę Świętą, Matkę Boską, Świętego Mikołaja. Piszę o tym, bo z mojego punktu widzenia Świadkowie mają więcej wspólnego z islamem niż kosciół rzymskokatolicki. Było mi łatwiej niż katolikom bo poznając islam nie musiałam zmagać się z wieloma dogmatami. Dlaczego więc odeszłam?
Straciłam wiarę w pochodzenie Bibli. Jako nastolatków, już w liceum uczą na języku polskim, że najstarszą ewangelią jest Ewangelia według Jana, powstała bodajrze 100 lat po śmierci Jezusa. Jest całe mnóstwo apokryfów czyli ksiąg, które nie weszły do kanonu. Miałam wręcz wrażenie, że w pewnym okresie czasu była moda na pisanie ewangeli. Są ewangelie wszystkich apostołów, łącznie z Judaszem (było głośno o tym całkiem niedawno) i Marią Magdaleną. Więc powoli zaczęłam się odsuwać i szukać informacji z innych źródeł. Czytałam teorie różnych filozofów, najbardziej przemawiali do mnie w tamtym czasie egzystencjonaliści. Nie wiem czemu nigdy nie pomyślałam o islamie. Pewnie odstraszała mnie wizja zakrytych kobiet ;-). Potem poszłam na studia, niestety nie na moją ukochaną filozofię, i nie miałam tyle czasu na czytanie.
W tym okresie wyrobiłam sobie mój własny światopogląd. Coś w rodzaju kompromisu. Wierzyłam, że Bóg istnieje, ale nie chciałam należeć do żadnej religii. Nie nazywałam siebie chrześcijanką. Uważałam, że wystarczy być „dobrym człowiekiem”, nie robić nikomu krzywdy itp. Kiedy zaczęłam czytać o islamie czułam się jakbym wracała do domu, ale domu odnowionego, z paroma dodatkowymi oknami dla wpuszczenia światła, i zaryglowanymi tylnymi drzwiami dla bezpieczeństwa. To było niesamowite uczucie. Ciagle odkrywam nowe pokoje, ale to jest mój dom. Postanowiłam napisać, żeby uzmysłowić ludziom parę rzeczy.
Po pierwsze, to nie jest tak, że wychodzimy za mąż i chop siup przyjmujemy islam. Często jest to poprzedzone latami poszukiwań i przemyśleń, zwątpień w istnienie Boga i pytań o nature zła. Mój mąż był tylko iskrą. Chciałam go poznać, a co za tym idzie, wiedzieć co jest dla niego ważne, jakimi zasadami się kieruje. I czy ze względu na to jestem w stanie dzielić z nim życie. Po drugie, wypowiadając szachadę (wyznanie wiary) nie stajemy się automatycznie wzorem cnót i nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Znalazłyśmy się na „drodze prostej”, którą staramy się podążać. Idziemy raz wolniej, to znów szybciej, byle do przodu. Niektóre zasady są łatwiejsze do zaakceptowania, z innymi mamy większe trudności. Czy to ze względu na wychowanie czy charakter. Obowiązkiem muzułmanina jest zdobywanie wiedzy i walka z własnymi słabościami. Mamy rozum, żeby z niego korzystać i mamy serce, żeby czuć różnice między dobrem i złem. A co daje mi islam osobiście? Poczucie bezpieczeństwa, coś czego mogę się trzymać. I poznałam siebie trochę lepiej, mam więcej cierpliwości, mam nadzieję, pracuję nad sobą. I tego życzyłabym wszyskim.
Mona
lutego 01, 2009
Chcę się wyróżniać?
Takie pytania padły po raz pierwszy z ust osób mi najbliższych, potem jeszcze kilkakrotnie słyszałam je od innych. Zawsze byłam osobą raczej nieśmiałą, która chciała zniknąć w tłumie. Daleko mi było do „pokazywania się”. Co więc się stało? Dlaczego nagle zostałam muzułmanką, a w dodatku zaczęłam nosić „takie” ciuchy? Znudziło mi się bycie szarą myszką? Chciałam zabłysnąć? Zwrócić na siebie uwagę innych, być w centrum zainteresowania? Nie... Nigdy nie było to moim celem. Jeśli komuś się wydaje, że podoba mi się kiedy ludzie oglądają się za mną, gdy śledzą moje ruchy, plotkują, pokazują palcami, to się myli. Nie sprawia mi to przyjemności. Czasem takie wyróżnianie się bywa nawet uciążliwe...
Wczorajsza noc... Zero snu, czuwanie, opieka nad czteroletnią córeczką, która raz po raz wymiotuje, nie przyjmuje żadnych płynów... Mija godzina, dwie, trzy, w końcu po sześciu godzinach stwierdzam, że tak dalej być nie może, bo jednak samo nie przejdzie. Czekanie jest tym bardziej niebezpieczne, że mała jest po poważnej operacji serduszka, nie wolno nam dopuścić do zbytniego spadku elektrolitów w organizmie. Jest niedziela, godzina 2:30 w nocy. Żadnej dyżurnej przychodni... Gdzie więc zabrać małą? No gdzie, jak nie do szpitala. Mąż właśnie wrócił z pracy, tak że szybciutko szukam ubrań i wychodzimy. Dostajemy się do szpitala, wypełniamy formularze, przechodzimy do gabinetu, gdzie pan doktor z krzywą miną patrzy na mnie i pyta, czy jestem Polką...
- Tak, jestem Polką.
- Ale z pochodzenia, czy z obywatelstwa?
- Z pochodzenia.
- Acha...
W końcu bada małą. Dzięki Bogu, w oskrzelach czysto. Jednak gorączka 38,5, znów wymioty... Rzut oka na gardło – angina ropna. Pielęgniarka robi zastrzyk przeciwwymiotny, lekarz przepisuje antybiotyk, syrop przeciwbólowy, syrop przeciwwymiotny... Zadowolona biorę małą na ręce, bo na nogach ustać nie może, po czym wracamy do domu. Po dłuższym czasie córcia pije dwa łyczki herbatki i usypia. Dzięki Bogu. Nie zwróciła. Jesteśmy na dobrej drodze... Córcia usypia, ja jednak czuwam... Sprawdzam, czy gorączka nie rośnie, czy mała śpi spokojnie, czy nie zbiera ją znów na wymioty. Co jakiś czas wlewam jej do buźki po parę kropelek herbatki, zwilżam usta.
Szósta rano. Budzi się druga córcia, wymiotuje. Za chwilę znów i znów... Podejrzewam, że się zaraziła, jednak wciąż jeszcze jest nadzieja, że może akurat to tylko taki pojedynczy epizod... Ale roczne dziecko szybko może się odwodnić. A co jeśli to jednak angina? Im dłużej będę zwlekać, tym gorzej.
Niedziela. Dziesiąta rano. Znów idę więc do szpitala... Idę sama z dzieckiem, bo mąż nie bardzo jeszcze rozumie po polsku, a tu jednak trzeba się porozumiewać. A w domu jeszcze dwójka maluchów, w tym córcia odsypiająca po męczącej nocce. Mąż musi więc zostać, pilnować dzieci. Wchodzę, znów wypełniam formularz, znów przechodzę do gabinetu... Lekarz zaczyna na mnie krzyczeć: „Czy pani się wydaje, że jak macie tą swoją kulturę, to wam wszystko wolno?” Mówi, że mam nie po kolei w głowie, że przyprowadzam mu „te” dzieciaki, że on nie będzie mi służyć za pediatrę... Pyta co ja sobie wyobrażam. Jak chcę, to niech czekam na poniedziałek, aż przychodnie otworzą. Krytykuje moją „kulturę”.
Śpiąca, zmęczona, zmartwiona stanem dzieci, zaskoczona stoję i nie bardzo to wszystko do mnie dociera... Córcia zwisa mi z rąk, główka jej opada do tyłu, staje się coraz bardziej bezwładna, a jeszcze targają nią wymioty, choć w żołądeczku już nic nie ma... Lekarz tymczasem sobie używa, wrzeszczy po mnie, traktuje jak śmiecia... Gdyby warunki były normalne... gdybym była w lepszym stanie psychicznym w tym momencie. Ale sytuacja mnie przerosła. Wyczerpanie wzięło górę. Nie byłam w stanie nic powiedzieć, nie byłam w stanie bronić swojego honoru, swoich przekonań. Nie tym razem. Starałam się nie słuchać. Prosiłam tylko o pomoc dla swojego dziecka... W końcu lekarz bada małą, zleca pielęgniarce zrobienie zastrzyku przeciwwymiotnego w drugim kącie gabinetu, a tymczasem prosi do środka kolejną pacjentkę...
Mała dostała zastrzyk, a do mnie zaczęło docierać co się właściwie wydarzyło. Starsza pani (ta pacjentka) żałuje biednego dzieciątka, że takie wymęczone, co to choróbsko z dzieckiem potrafi zrobić... Pan doktor także udaje, że się przejmuje. Zwraca się do mnie: „Tak, proszę pani, no to gdyby pani widziała, że się coś dzieje, bardzo proszę przyjść jak najszybciej, nie czekać.” Mam ściśnięte gardło, łzy w oczach, burzę myśli w głowie, ranę w sercu... Jak człowiek wydawałoby się wykształcony może tak potraktować drugiego człowieka, tylko ze względu na to, że ma inną religię? Jak człowiek wydawałoby się kulturalny może tak poniżać inną osobę? Jak może być takim rasistą?
Nie chcę jednak robić scen... Mam jeszcze jedno dziecko w domu, które może się zarazić. Jest niedziela, nigdzie nie znajdę innego lekarza. Człowiek, który nie ma skrupułów pomiatać mną jak szmatą nie zawaha się skrzywdzić mojego dziecka, jeśli nadepnę mu na odcisk... Staram się więc stłumić emocje. Biorę małą na ręce i wracam do domu. Zmęczona, śpiąca, zmartwiona i trzęsąca się z nerwów idę ulicą, tuląc córeczkę, a łzy same leją się po twarzy. Nie jestem w stanie nad tym zapanować. Ludzie się oglądają... niektórzy przystają, przyglądają się... Taaaak... Tego właśnie chciałam, o to mi właśnie chodziło. Właśnie dlatego zostałam muzułmanką, ubrałam takie ciuchy, żeby się wyróżniać. Żeby częściej móc słyszeć takie słowa jak dziś od lekarza, żeby narażać zdrowie swoich dzieci, żeby czuć się upokorzoną. Jednak moja wiara daje mi siłę. Modlitwa potrafi ukoić serce. Wiem, że takie traktowanie to i tak nic w porównaniu z tym, co musiał znosić nasz Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) i pierwsi muzułmanie... Tak że chwała Bogu!
Mogłabym iść na łatwiznę, starać się przypodobać ludziom, nie narażać się na takie sytuacje. Mogłabym zdjąć swoje ubrania, założyć coś „normalnego” (w pojęciu otoczenia) i oszczędziłabym sobie wielu problemów, bólu, łez... Ale tego nie zrobię. To życie to tylko chwilka, marne kilkadziesiąt lat (zazwyczaj), a potem zaczyna się dopiero prawdziwe życie. I tylko od nas zależy jakie będzie. Czy chcemy się narazić na ból i cierpienie w życiu przyszłym, czy zasłużyć sobie na Raj i zapomnieć o wszystkich wcześniejszych kłopotach.
Właśnie dlatego zostałam muzułmanką, właśnie dlatego staram się jak mogę wypełniać nakazy Allaha, żyć zgodnie ze swoją religią i nie przejmować się ludźmi. Nie z żadnych innych pobudek. Ktoś może powiedzieć: „wiarę nosi się w sercu, nie na zewnątrz”. Jednak to Allah będzie sędzią na Sądzie Ostatecznym i będzie On rozstrzygał według Swojego Prawa, które nam już objawił, jasno wytłumaczył. I w tym Prawie nigdzie nie ma napisane „noś wiarę sercu”, za to są wytyczne odnośnie sposobu ubioru, życia, zachowania... Tak że nie jest ważne to, co mówią ludzie, ale to, co mówi Ten, który nas później ze wszystkiego rozliczy.
Niektórzy mówią: „A co, jeśli to wszystko nieprawda? Jeśli po śmierci niczego już nie ma? Jeśli zmagasz się na darmo?” Jednak Allah mówi, że to prawda. Że jest inne, prawdziwe życie po tym krótkim używaniu na ziemi. Mogę mówić, opowiadać o islamie, pokazywać dowody... Niektórych to jednak nie przekona. Zadam więc inne pytanie. A co, jeśli to prawda? Jeśli istnieje Raj i Piekło? Jeśli będzie Sąd Ostateczny? Ja jestem o tym głęboko przekonana i zamierzam dalej kroczyć swoją niełatwą, jednak świadomie wybraną drogą z nadzieją na osiągnięcie upragnionego celu.
Gdyby okazało się (a nie okaże się, bo tak mówi sam Stwórca), że po śmierci niczego nie ma, to żyjąc w zgodzie z własnymi przekonaniami, przestrzegając zasad moralnych, nie szkodząc innym, nic nie tracę. Co najwyżej groziłoby mi, że zmagałabym się z niektórymi problemami na darmo, ale gdyby po śmierci niczego nie było, nie miałoby to już żadnego znaczenia. Za to co, jeśli okaże się, że to, co mówi Allah w Koranie jest prawdą (a bez wątpienia nią jest) i nadejdzie ten dzień, kiedy będziemy rozliczeni ze wszystkich swoich słów, uczynków, z tego, jak bardzo wzięliśmy sobie do serca słowa naszego Pana? Czy ten, kto dzisiaj powątpiewa też wtedy stwierdzi, że nic nie traci?
Nie jestem muzułmanką dlatego, że chcę być inna niż większość ludzi dookoła mnie. Mogłabym pójść na łatwiznę i nie przestrzegać zasad swojej religii. Jednak gra toczy się o zbyt dużą stawkę. Dlatego właśnie przełknęłam tych kilka gorzkich łez, których po dzisiejszych wydarzeniach powstrzymać nie mogłam, jednak teraz w moim sercu znów zagościł spokój. Nie czuję już żalu. Czuję za to litość. Bo mając wizję życia przyszłego przed oczami - żal mi tego człowieka...
Monika
stycznia 27, 2009
niech (nie) żyje bal... czyli muzułmanka na niemuzułmańskim weselu
- muzyka, bynajmniej nie o tematyce religijnej, dużo głośniejsza niż zwykle zresztą – zabroniona (patrz: Muzyka w islamie);
- mieszanie się obcych mężczyzn i kobiet, kontakt fizyczny, wspólne tańce – zabronione (czytaj tu);
- picie alkoholu, siedzenie przy stole, przy którym inni piją – zabronione: Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) zabronił siedzenia przy stole, gdzie pite jest wino. Przekazano, że Umar ibn al-Chattab (oby Allah był z niego zadowolony) powiedział: „Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) powiedział:„Ten, kto wierzy w Allaha i Dzień Ostatni, niech nie siedzi przy stole gdzie pite jest wino”. [Ahmad, 126; sklasyfikowany jako autentyczny (sahih) przez al-Albani w Irwa al-Ghaliil, 7/6]
Pytanie nr 2: Czy zdobędę się na to, żeby nie iść w ogóle, ani na ślub ani na wesele? I jak to wyglądało w praktyce?
Podobnie było z pierwszym tańcem. Państwo młodzi odłożyli tę sprawę na dwa dni przed weselem. A wybrali sobie niełatwy kawałek - rumbę. Nauczyciel tańca powiedział im, że w sprawie rumby nie jest w stanie nic zrobić w tak krótkim czasie, ewentualnie może postarać się o walca, co nie bardzo było po myśli mojemu bratu lubiącemu oryginalność. Ponieważ wcześniej już pokazałam mu krok podstawowy do rumby (tańczyło się towarzyskie swego czasu), zaczął ładnie prosić, bym im jednak pomogła. Z początku powiedziałam, że nie. Jednak później, chęć uratowania sytuacji i pomocy bratu zainspirowała mnie do ułożenia krótkiej jednominutowej choreografii. Ćwiczyliśmy dwa dni, mimo że kiedy przyszło co do czego, zatańczyli tylko krok podstawowy i parę obrotów. I czy dobrze zrobiłam przyczyniając się do tego, że dwoje obcych sobie jeszcze (znów w świetle islamu) ludzi tańczyło ze sobą przy zabronionej muzyce przed i potem na weselu? Z drugiej strony, pewnie i tak by to zrobili, i tak tańczyli ze sobą już nie raz, ale wolałabym była jednak, dla spokoju ducha, uniknąć udziału w tym.
Kolejna nieoczekiwana sytuacja zdarzyła się, kiedy na kilka dni przed weselem razem z Mamą pojechałyśmy do miasta załatwiać różne pilne sprawy. Odkąd mam prawo jazdy, wyręczam Mamę za kółkiem, co sprawia nam obu ogromną frajdę. Na liście sprawunków nie było nic, co wzbudzałoby podejrzenia. Jednak kiedy wpadłyśmy do jej gabinetu (Mama jest lekarzem), przypomniała sobie nagle, że musi przecież odebrać wina zamówione na wesele w nowym sklepie z winami tuż na przeciwko jej miejsca pracy. O zgrozo, myślę sobie! Najpierw musiałam zakomunikować Mamie, że nie pójdę z nią do sklepu i nie pomogę przytachać skrzynek z winami. Sumienie gryzło mnie jak nie wiem co, bo Mama była zmęczona i od kilku dni doskwierał jej łokieć; poza tym z zasady nie pozwalam, by cokolwiek dźwigała w mojej obecności. A kiedy już przytaszczyła skrzynki i zapakowała je do bagażnika, znalazła mnie na miejscu pasażera wręczającą jej kluczyki, aby dalej prowadziła ona. A wszystko to ze względu na słowa Proroka, pokój z nim: „Dziesięć rzeczy związanych z khamr (winem, napojami alkoholowymi, ogólnie środkami odurzającymi) zostało przeklętych: khamr sam w sobie został przeklęty; ten, kto go pije; podaje; sprzedaje; kupuje; wytwarza; kto o niego prosi; kto go przynosi; ten, dla kogo się go niesie i ten, kto zjada jego cenę”. [Imam Ahmad, Abu Daud i Ibn Madżah] W przypadku alkoholu postanowiłam pozostać nieugięta. Chwała Bogu.
Potem przyszedł moment, kiedy odwiedziły nas swachy i Mama chcąc uprzedzić, co by nie było niespodzianek w dniu wesela, powiedziała swachowi, że mnie na ślubie nie będzie. Teść mojego brata to bardzo otwarty człowiek. Już wcześniej wypytał o masę rzeczy, nie tylko związanych z islamem i nie było dla niego problemem zapytać, dlaczego nie wybieram się do kościoła. I powiem Wam, że lubie taką postawę u ludzi, bo często mam wrażenie, że większość nie ma śmiałości pytać albo wydaje im się to tematem prywatnym, tabu, którym można urazić. Wytłumaczyłam grzecznie, że problemem nie jest samo wejście do kościoła, lecz niestety we mszy są elementy zabronione w islamie, przy których nie mogę być obecna. To wystarczyło bez potrzeby wdrażania się, jakie konkretnie...
Na weselu, mimo wszystko, postanowiłam się pokazać. Podejrzewam, że bratu bardzo na tym zależało i cieszył się z mojego udziału w tak ważnym dla niego wydarzeniu życiowym, zresztą nie tylko on, ale i moi rodzice. Zrobiłam to zatem dla nich, dla zadowolenia rodziny... Tu pojawia się największy dylemat: kogo wolisz zadowolić – Boga (wystrzegając się niemiłych Mu rzeczy) czy bliskich? I, co gorsza, na czyj gniew wolisz się narazić: Boga, czy rodziny?
Jak potoczyła się impreza? Wśród zgromadzonych znajdowali się znajomi rodziców, którzy pamiętają mnie jeszcze z wieku przedszkolnego, moi znajomi z dzieciństwa i podwórka oraz inni już z czasów liceum. Większość dawno nie miała okazji mnie widzieć, tak samo ja ich (w Polsce nie mieszkam od 7 lat), a to zobowiązuje i wzbudza ciekawość. Co rusz ktoś podchodził, chciał sobie zrobić zdjęcie, chwilkę porozmawiać, sprawdzić, czy jednak szczęśliwa jestem z mężem Arabem i z niełatwą, ograniczającą mnie z pozoru religią (pytanie o moje szczęście padło podejrzaną ilość razy, tak samo jak stwierdzenie: „niełatwą wybrałaś sobie drogę” - obydwa ze znaczącą dozą troski w tonie głosu pytających, stąd nieinaczej interpretuję pobudki... ). I oczywiście ze strony pań nie ma problemu, jednak kiedy panowie przystąpili do wykonania tego zadania, przypomniałam sobie nagle o niekontrolowanym geście delikatnego ujęcia za ramię, bądź nawet za łopatkę, na jaki pozwalają sobie w rozmowach z kobietami przy takich spotkaniach. Dotknięcie mnie w ten sposób było dla nich czymś absolutnie naturalnym, podczas gdy mnie wprawiało w osłupienie – na przestrzeni ostatnich lat zapomniałam, że coś takiego istnieje! Tak samo przybliżenie męskiego ucha do mojej buzi, kiedy coś mówiłam - ogłuszająca muzyka uniemożliwiała rozmowę na „właściwą” odległość – budziło we mnie odruch odskoku. I jak tu wytłumaczyć 20 dorosłym facetom przysłowiowe „rączki i uszki przy sobie”? Byłoby to zbyt uciążliwe, i tak sporo wysiłku włożyli w zahamowanie odruchów całuśnych przy powitaniu, ograniczając się do podania mi dłoni, a ja w tłumaczenie każdemu z osobna, że nie dostąpią zaszczytu zatańczenia ze mną... Mimo dobrej miny, czułam się z tym wszystkim bardzo niewygodnie...
Po przybyciu państwa młodych, na początek toast szampanem, z którego byłam wykluczona (o zestawie wegetariańskim pomyślano, dzięki Bogu, ale nie wymagałam kieliszka z sokiem jabłkowym i wodą sodową specjalnie dla mnie na pierwszy toast, hehe). „Sto lat” zaśpiewałam razem ze wszystkimi – nie powinnam była. Niestety, z tyloma niewskazanymi dla mnie rzeczami, jakich byłam świadkiem, trudno było mi zapanować do końca, co wypada a co nie... Zasiedliśmy do stołu. Usadzono mnie fatalnie - przy samym parkiecie (sic!), z którym przecież i tak nie miałam mieć wiele wspólnego... Widok rozbrykanych w rytm muzyki par również nie stanowił dla mnie atrakcji... Jedyne co z tego wynikło to, że rozmawiając z osobą obok, musieliśmy starać się przekrzyczeć dudniące głośniki. W parę sekund, za co chwila ponawianymi namowami DJ-ja, kieliszki na stole zostały napełnione i zaczęły się toasty – ja więc znalazłam się przy stole, gdzie jest pity alkohol, a w Boga i Dzień Ostateczny wierzę... Potem była gorzka wódka – na co wraz z młodszym bratem odwróciliśmy wzrok (jego mdliło, hehe, a ja nie lubię poznawać intymnych aspektów życia innych ludzi, tym bardziej mojej rodziny, ani werbalnie a już broń Boże stać się ich naocznym świadkiem!). Zdarzył się też konkurs na najbardziej rozbawiony stół na sali, a że siedziałam z młodzieżą, której wyobraźni nie brakowało, musiałam oddalić się na chwilę, kiedy zaczęli wchodzić pod stoły, itp.
Najbardziej nieprzyjemne chwile na całym weselu zaserwował mi jeden znajomy z dzieciństwa, rówieśnik, którego nie widziałam ponad 10 lat. Głębokie, zdradliwe kieliszki i lekka głowa w jego wydaniu zmusiły mnie w pewnym momencie do wydania jasnego komunikatu: „Kolego, 30 cm dystansu ode mnie”. Minęły lata odkąd po raz ostatni miałam do czynienia z ludźmi pod wpływem alkoholu. Jak wyraźnie zobaczyłam tamtego dnia, co ów napój potrafi zrobić z człowiekiem, zamienia go w inną osobę, która nie kontroluje swoich słów, ruchów, czynów... Dziś wiem, dlaczego jest zabroniony i że to jest dla nas – ludzi, lepsze.


