Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty

czerwca 08, 2011

szczęśliwa muzułmanka

Od urodzenia mieszkam w Warszawie i jak każda Polka z katolickiej rodziny obchodziłam święta kościelne. Jako dziecko uczęszczałam na msze święte, ale nie lubiłam kościoła. Zawsze kojarzył mi się z zimnym i ponurym miejscem, w którym ludzkie twarze nabierały skamieniałego wyglądu. W szkole na lekcjach religii zadawałam zbyt wiele nurtujących mnie pytań, przez co byłam wyrzucana z klasy. Po tych wydarzeniach zmienił się mój stosunek do księży i całej tej instytucji – kościoła. Najwidoczniej rzeczy, o które pytałam nie były zaliczone do kręgu tych, które można przekazywać „ciemnocie” i to księdza strasznie denerwowało. A ja zwyczajnie szukałam prawdy i gdy coś mi nie pasowało – pytałam, niestety nie otrzymując odpowiedzi… To zaważyło na mojej wierze i przyznaję, że przez pewien okres życia byłam zagorzałą ateistką (wierzyłam jedynie, że musi istnieć jakaś siła, która tym światem kieruje, ale nie byłam pewna czy ona się nazywa Bóg).

Zaprzestałam poszukiwań i zaczęłam po prostu żyć…jak każda nastolatka miałam wielu „przyjaciół”, z którymi chodziłam na imprezy i zaczęłam pić alkohol…moim motto było wtedy „Żyj chwilą i nie martw się”.
Od dziecka miałam zdolności artystyczne i kochałam śpiewać. Postanowiłam więc, że właśnie to będę w życiu robić. Śpiewałam w wielu zespołach rockowych, autorskich i takich o charakterze wyłącznie zarobkowym. Chodziłam po klubach, śpiewałam na koncertach, wracałam po nocy do domu i coraz częściej imprezowałam. Myślałam, że to jest to – moje wymarzone życie. Jednak czegoś w nim brakowało…
Z czasem zaczęłam coraz więcej pić i najgorsze było to, że picie mi się spodobało. Wiele razy odczuwałam skutki na drugi dzień, obiecując sobie wtedy, że to był ostatni raz. Jednak nie mijały dwa dni, a ja piłam znowu…
Być może było to spowodowane tym, że przebywałam w takim, a nie innym towarzystwie.
Na szczęście nie zdążyłam się uzależnić. AlhamduliLlah!
Spotkałam człowieka – muzułmanina, który obecnie jest moim mężem.
Na początku związku tłumaczył mi, że alkohol jest zły i że nie powinnam pić. Jakoś to do mnie szybko dotarło i ostatni kieliszek wina wypiłam w grudniu 2006 r.
Od tamtej pory czuje obrzydzenie do alkoholu i choć miałam wiele okazji do tego, żeby się napić nie zrobiłam tego.
Potem małżonek przekonywał mnie do tego, żebym przestała jeść wieprzowinę, gdyż świnie mają wrodzoną chorobę i mnóstwo szkodliwych dla ludzkiego organizmu związków i bakterii.
Początkowo nie słuchałam, ale po pewnym czasie i po przeczytaniu jednego artykułu na temat szkodliwości wieprzowiny, całkowicie zaprzestałam jej jedzenia. Wyszło mi to na zdrowie :)
W międzyczasie oczywiście przede wszystkim rozmawialiśmy na temat Islamu. Ja początkowo byłam bardzo negatywnie nastawiona do tej, jak i każdej innej religii.
Tłumaczyłam mężowi, że denerwuje mnie rozmowa na ten temat i że nauka jest już na tyle rozwinięta, że wszystko tłumaczy. Ale okazało się jednak, że nie wszystko…
Mąż podawał mi wiele dowodów z Koranu na temat życia i świata, które miały ewidentnie sens. Otworzyły mi się oczy na pewne sprawy. Postanowiłam więc, że przeczytam polskie tłumaczenie Koranu. Czytając – płakałam… nie mogłam się oderwać i zdarzało się, że nie przesypiałam kilku nocy z rzędu, pochłaniając kolejne sury z Koranu.
Przekonałam się i przyjęłam Islam! Nie mogłam się już dłużej spierać z prawdą! Prawdą, której szukałam.
Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że mogłabym być muzułmanką. Przecież tyle się słyszy na temat islamskich terrorystów i tego jak bardzo nieszanowane i zniewolone są kobiety w Islamie. Teraz już wiem, że to tylko stereotypy. To smutne, że ludzie opowiadają takie rzeczy nie mając pojęcia czym tak naprawdę jest Islam.
Jestem muzułmanką od ponad 3 lat i wraz z mężem i 1,5 roczną córeczką prowadzimy spokojne i szczęśliwe życie. Uwielbiamy chodzić do Meczetu, gdzie zawsze jest ciepła i miła atmosfera. Śmiało mogę powiedzieć, że czuję się tam jak w domu – bezpiecznie.
Cały czas staram się rozszerzać moją wiedzę o Islamie. Na lekcjach prowadzonych w Meczecie uczę się języka arabskiego, gdyż chciałabym kiedyś przeczytać Koran w jego oryginalnej formie, której nie można równać z żadnym tłumaczeniem.
Cieszę się i jestem wdzięczna, że Allah (SWT) dał mi szansę, żebym poznała religię prawdy i mogła iść drogą prostą, AlhamduliLlah! I będę się starać żeby wykorzystać tę szansę jak najlepiej. InshaAllah.
Życzę Wam wszystkim, żebyście również podążali drogą, którą wyznaczył dla nas Allah (SWT)! InshaAllah.
Salam Aleykum Wa Rahmatullahi Wa Barakatuh.
Allahu Akbar
Magdalena S.

kwietnia 17, 2011

jestem muzułmaninem

Nazywam się Daniel, jestem polakiem i zarazem muzułmaninem. Urodziłem się w Warszawie i zostałem wychowany w rodzinie katolickiej. Byłem ochrzczony, przyjąłem komunię świętą, byłem bierzmowany. w wieku 25 lat ożeniłem się, miałem ślub cywilny i ślub kościelny. Jednak jak to w życiu bywa, między mną a moją żoną nie wszystko układało się tak jakbyśmy chcieli. Po dwóch latach małżeństwa wzięliśmy rozwód i tak do dnia dzisiejszego żyję. Od dzieciństwa byłem bardzo religijny, zawsze chodziłem do kościoła na msze święte w niedzielę i nie tylko. Oczywiście miałem w życiu okresy buntu i gniewałem się na Boga, wtedy przestawałem chodzić do kościoła i modlić się. Jednak po pewnym czasie zaczynało mi czegoś brakować. wtedy ze skruchą wracałem przed ołtarz i prosiłem o przebaczenie. I tak mijały lata. W wieku trzydziestu lat zacząłem jeździć do klasztoru Benedyktynów w Tyńcu. Zaszywałem się tam na kilka dni i oddawałem rozmyślaniom i modlitwie. To w Tyńcu poznałem bardzo ciekawych i wartościowych ludzi. Zakonników którzy imponowali mi swoim powołaniem i oddaniem Bogu. Jednak tam też zauważyłem i zacząłem się nad tym zastanawiać nad jedną zasadniczą kwestią. W tej ciszy za murami klasztornymi doszło do mnie to, że my katolicy w obrzędach liturgicznych praktycznie nigdy nie modlimy się do boga jako Boga, wszystkie nasze modlitwy kierowane są tylko i wyłącznie do Jezusa i Maryi. Zacząłem się nad tym zastanawiać, jednak będąc człowiekiem głębokiej wiary stwierdziłem, że tak musi być, że Jezus jest przecież synem Boga i tworzy On razem z Duchem Świętym, Trójcę Świętą a że Maryja przecież była matką Jezusa i jej też należy oddawać cześć i chwałę. Moja historia z klasztorem Benedyktynów zakończyła się w chwili gdy, Ci pobożni i skromni ludzie, żyjący według reguły świętego Benedykta zaczęli zmieniać profil swego Klasztoru i swojego powołania. Na początku zaczęli przyjmować co raz więcej "turystów" chcących oddać się kontemplacji i modlitwie za murami klasztoru, oczywiście za odpowiednią opłatą. Następnie zaczęli prowadzić działalność gospodarczą polegającą na sprzedaży "własnych" wyrobów z logo "BENEDYKTYNI". Powstała w ten sposób firma podpisywała umowy z różnymi małymi gospodarstwami rolnymi, wytwórczymi i produkcyjnymi, którzy produkowali swoje wyroby i umieszczali na opakowaniach nalepki z wyprodukowano przez "BENEDYKTYNI". Zgadzam się, że w dzisiejszych czasach każdy pomysł na działalność biznes jest dobry, jednak uważam, że pewnych rzeczy i w pewnych formach osobom duchownym robić nie wypada. Po pewnym czasie klasztor zamienił się w prawdziwą fabrykę pieniądza. Zaczęto otwierać sklepy i stoiska firmowe, tworząc sieć "BENEDYKTYNI". Idąc za sukcesem, przyszedł pomysł otwarcia w murach klasztoru restauracji i kawiarni. Co oczywiście przyciągnęło do tego cichego i pełnego uroku i ciszy miejsca rzesze turystów, którzy zostawiali tam pieniądze. Tym samym ten mój pełen uroku i pobożności klasztor zamienił się w pełen gwaru i szaleństwa przybytek gastronomicznej rozpusty. W tym samym czasie następowała eskalacja żądań kościoła: zwrot mienia kościelnego, więcej krzyży w miejscach publicznych, angażowanie się kleru w politykę, awanturnicze zachwania części wiernych z pod znaku "Radia Maryja", polityczne kazania na mszach niedzielnych. To wszystko i nie tylko to sprawiło, że zacząłem odsuwać się od kościoła katolickiego. Zatrzymałem się i z boku patrzyłem ku czemu to wszystko zmierza. W tym czasie zacząłem też więcej podróżować. Chciałem oderwać się od tej naszej polskiej codzienności, zobaczyć trochę świata. Trochę więcej niż tylko naturale cele naszych wyjazdów: Berlin, Praga, Paryż, Rzym czy Wilno i Lwów. W pierwszą moją dalszą podróż wybrałem się do Laranaki na Cyprze. Był kwiecień, korzystając z okazji, że zbliżają się święta Wielkanocne postanowiłem spędzić je poza domem. W Polsce jeszcze zimno a tam po przylocie temperatura powyżej 20 stopni w dzień. Wymarzona pogoda na odpoczynek i spędzenie świąt. Trafiłem bardzo dobrze ponieważ w tym samym okresie przypadały święta Wielkanocne w obrządku kościoła Grekokatolickiego. Atmosfera świąt była wszędzie. Na ulicach procesje z okazji dnia świętego Lazarusa ( św. Łazarza) festyny, koncerty i ogólny klimat świąt. We wtorek po świętach wybrałem się na zwiedzanie miasta. Sama Larnaka nie jest może wielkim miastem pełnym zabytków, jednak coś można było zobaczyć. Zacząłem od zwiedzenia kościoła pod wezwaniem świętego Lazarusa położonego w pobliżu portu w Larnace. Kościół piękny, kapiący złotem i pełen ikon prawosławnych. Od tego bogactwa kręciło się w głowie, byłem przytłoczonych ilością i mnogością tych wszystkich dekoracji i obrazów świętych. Wyszedłem stamtąd pełen zadumy. Następnie skierowałem się w kierunku starego fortu położonego nad samym morzem. wszedłem na wieżę i przyglądałem się ogromowi błękitnego morza i panoramie miasta. Patrząc daleko przed siebie widziałem dachy domów i hoteli oraz gdzie nie gdzie wieże kościelne. Nagle schodząc schodami w dół spojrzałem przed siebie i zobaczyłem mały mineret kryty w wśród gaju palmowego. Pomyślałem... dlaczego nie ? Mały meczet ogrodzony niewysokim płotkiem wyglądał na opuszczony i lekko zaniedbany z zewnątrz. Furtka była otwarta więc postanowiłem wejść do środka. Na terenie okalającym meczet nie było nikogo nie licząc wałęsających się rudych kotów. Podszedłem do drzwi, które były szeroko otwarte, zajrzałem do środka......nikogo nie było. W środku podłoga była wyłożona dywanami, więc postanowiłem zdjąć buty. Po wejściu do środka oniemiałem. Bardzo skromne małe ale dość wysokie pomieszczenie. Całość podłóg od wejścia od przeciwległej ściany wyłożona pięknymi lecz lekko zużytymi dywanami. Ściany gołe pomalowane na biało, tylko na wprost mnie znajdował się jakby mały ołtarzyk i mała mównica. To miejsce miało jednak coś w sobie. Do dnia dzisiejszego nie wiem co ? Może ta prostota wnętrza, może ta cisza ? Usiadłem na dywanach i zacząłem rozmyślać o życiu, o ludziach i o wierze. Mimowolnie zacząłem się modlić. Potem wstałem i z lekkim przerażeniem opuściłem to wnętrze. Historię tego meczetu opowiedział mi recepcjonista w hotelu. Po podziale wyspy na dwie połowy, większość ludności narodowości tureckiej wysiedlono do Tureckiej Republiki Cypru. Pozostały po nich opuszczone domy, sklepy i oczywiście meczety i szkoły koraniczne. Nikt tam teraz się nie modli, tylko czasem zaglądają tam turyści tacy jak ja. To był pierwszy w moim życiu kontakt z kulturą i religią islamską. To był początek...

marca 16, 2011

wyspa skarbów - islam

As Salam Aleykum Wa Rahmatullahi Wa Barakatuh!

Nie szukam podniosłych słów,wielkich emocji czy fanfar. Islam to prosta i piękna religia.

Człowiek pływa po Oceanie i szuka stałego lądu. Niektórzy jednak nie mają nawigacji i szukają przez lata. Niektórzy szukają całe życie.

Ja jednak otrzymałem kompas od Allah (Subhana Wa Ta'ala), otrzymałem najlepszą nawigację jaką można sobie wyobrazić. Dokładne wskazówki i ostrzeżenia przed niebezpieczeństwami. Otrzymałem Quran i hadisy Proroka (Salla Allah Alejhi Wa Sallam). To Moja nawigacja, mapa i kompas. Podążam na ląd, do celu - oczekuje Raju. Insha'Allah otrzymam Swoją wyspę, a tam będę szczęśliwy na wieki.

Muszę jednak przepłynąć ocean. A jak to wszystko się zaczęło?

Miałem wtedy 13lat - w tym wieku wiele dzieci kończy szkołę podstawową i szuka nowych znajomości w gimnazjum. Ja jednak poznałem pewnego chłopca o imieniu Said. Już samo imię mówi, że coś nie jest tak. Nie twierdzę, że coś mu dolegało. A może jednak? Dolegała mu wiara w Stwórcę. Ojca ma Araba - mama jest Polką. Zainteresował mnie ten dziwny język (język arabski) i te wyjścia z ojcem na modlitwy.

Zacząłem więc szukać. Niestety nie miałem spisu treści. Nie miałem nawet swojego komputera. Chodziłem jednak na zajęcia z informatyki na których była możliwość korzystania z internetu. Internet to kopalnia wiedzy. Wstukałem więc szybko hasło islam i się zaczęło.

Moja pierwszą odwiedzoną stroną web była strona Muzułmanie.com a tam? Wielki napis który oznaczał Allah (wtedy nie wiedziałem co on oznaczał, ale bardzo mi się spodobał). Przeszukałem stronę, przewertowałem kolejne zakładki i wpadłem na kolejną ciekawą rzecz. Odnalazłem tam recytacje Koranu. Byłem pod ogromnym wrażeniem.

Choć nie byłem ochrzczony - czyli formalnie nigdy nie należałem do religii chrześcijańskiej - uczęszczałem do kościoła i znalem tylko te nudne kazania pana w długiej szacie, który pod nosem coś czytał z jakiejś grubej książki (Biblii). A tutaj? Piękna recytacja, bez pośpiechu w dziwnym języku. Szybko się okazało, że byłem częstym bywalcem tych zajęć. Tak jak dużo wynosiłem wiedzy informatycznej, tak dużo wynosiłem nowej wiedzy o religii muzułmańskiej. Wiadomo jednak, że skoro nie miałem swojego komputera, nie zawsze miałem możliwość szukania w internecie informacji. Oglądałem więc telewizję i tam znów kolejna niespodzianka:

Filmy dokumentalne o muzułmanach. Zostałem zaczarowany. W jednym z filmów dostrzegłem dziwne ruchy - to była modlitwa (salat). Najpierw tekst recytowany, teraz bicie pokłonów, napis Allah. Miałem już sporo wskazówek, ale wciąż szukałem i czytałem.

Myślałem i zastanawiałem się (dzisiaj ktoś by zażartował: co Oni biorą, że tak się zachowują, że trzymają się razem). Islam zakazuje narkotyków alhamdulillah i wszelkich używek, które prowadzą do zmiany świadomości, czy też utraty zdrowia, a tym bardziej życia.

Tak - Muzułmanie czytają Quran i stosują się do sunny proroka (Salla Allah Alejhi Wa Sallam) to ich łączy i to daje im (a właściwie nam) siłę. To piękne, jak tyle ludzi potrafi stanąć ramie w ramię i modlić się do Stwórcy o danej porze.

Moje poszukiwania, jak na razie, ograniczały się do internetu i telewizji. Czyżby tylko tam byli muzułmanie? A gdzie Ci żywi, żyjący na co dzień? - zadawałem sobie pytanie.

Po około roku odezwała się pewna pani - była to muzułmanka. Mieszkała w moim mieście i uczestniczyła w życiu społecznym lokalnej ummy. Dowiedziałem się od niej, gdzie muzułmanie się spotykają, a także zostałem zaproszony na lekcje arabskiego i lekcje religii. Nie wahałem się długo i w następną sobotę (lekcje odbywały się co sobotę) wybrałem się we wskazane miejsce.

Poznałem więc muzułmanów z krwi i kości.

Uczęszczałem regularnie robiąc za wolnego słuchacza.

W wieku 15lat czyli blisko 2 lata od kiedy zacząłem zgłębiać Islam - wypowiedziałem szahadę. Dotarłem na stały ląd.

Jestem muzułmaninem do dzisiaj i mam nadzieję, że umrę jako muzułmanin insha'Allah.
Ahmed

marca 09, 2011

jestem muzułmanką (4)

Dlaczego przyjęłaś islam?

Przyjęłam islam dlatego, że wydała mi się ta religia jedyną prawdziwą i wiarygodną. Moja konwersja jednak nie była natychmiastowa i był to dość długi proces podczas, którego dużo czytałam i uczyłam się. Zadawałam sobie wiele pytań, ale to co najbardziej mnie interesowało to życie Jezusa i jego nauki. Dowiedziałam się wielu faktów, które całkowicie obaliły mój obraz chrześcijańskiego Jezusa. Dopiero wtedy zaczęłam tak naprawdę rozumieć, że religia to nie tylko wiara, ale również i dowody. Całe życie modliłam się podczas dziecięcych paciorków "Boże prowadź mnie drogą prostą", Bóg mnie wysłuchał i sprawił, że jestem szczęśliwą osobą rozumiejącą powód mojego istnienia na tym świecie.

Z czego zdecydowałaś się zrezygnować po przyjęciu islamu, czy może jakieś zmiany w twoim życiu zaszły?

Zmiany zaszły na pewno. Jak wiadomo przestałam jeść wieprzowinę, nigdy nie paliłam, wiec to nie był problem, przestałam również wychodzić ze znajomymi na dyskoteki i spożywać alkohol. Zaczęłam się inaczej ubierać,tzn.:przystosowałam mój ubiór do wymaganego od muzułmanek islamskiego hijabu, a co najważniejsze również dla mnie, zaczęłam mocno pracować nad własnym charakterem. Musiałam nauczyć się pokory, pracować nad własnym ego. Od teraz moje życie już nie było moim widzimisię, ale tym czego Chce i wymaga ode mnie Bóg. Całkowite podporządkowanie Jego woli bez zadawania zbędnych pytań. Wielka miłość do Stworzyciela i wdzięczność za otaczający świat, wdzięczność za to czym mnie Obdarzył. Moje życie nabrało sensu, zrozumiałam dlaczego żyję i jaki jest mój cel.

Co sprawia Ci największą trudność, jeśli chodzi o praktykowanie islamu w Polsce (w Europie)?

Szczerze mówiąc nie mam trudności w żadnej z praktyk religijnych. Jestem osobą nie lubiącą zbytniego zwracania na siebie uwagi, więc początkowo było mi ciężko kiedy wszyscy się przyglądali mojej chustce, ale teraz do tego przywykłam i już nie jest to dla mnie istotne, wręcz już niezauważalne. Męczyło mnie jednak jak wychodząc na przykład z mamą cały czas do mnie mówiła "nie widzisz jak się tobie przyglądają, po co na siebie tak zwracasz uwagę..?"...nie była w stanie zrozumieć, że ja nie chcę nic manifestować, ale słucham jedynie nakazów Boga.

Czy spotkałaś się z przejawami nietolerancji (Polska, Europa)? Jeśli tak, czego dotyczyły? Czy negatywne reakcje na twoją osobę?

Z przejawami nietolerancji spotkałam się owszem, ale jeszcze jako niemuzułmanka. Po konwersji miałam tylko jedną dziwną sytuację, gdzie pewna Pani zapytała mnie czy myję włosy...:)

Czy uważasz, iż twoja pozycja – jako kobiety – uległa deprecjacji po przyjęciu przez Ciebie islamu?

Wręcz przeciwnie, czuję się bardziej dowartościowana i doceniona jako kobieta. Islam bardzo wywyższa kobiety i traktuje je stosownie do ich natury, to samo tyczy się mężczyzn. W końcu nasz Stwórca najlepiej nas zna.

Czy jest coś w islamie, co sprawia Ci trudność?

Nie ma czegoś takiego. Kiedyś może wczesne wstawanie na poranną modlitwę, ale już się wyćwiczyłam :)

Czy hijab w jakikolwiek sposób ogranicza Cię w Twoim codziennym życiu?

Na pewno ogranicza miejsca pracy...:) ale teraz to nie istotne, bo wolę się skupić na wychowaniu córki.

Jak na twoją konwersję zareagowali rodzice, bliscy, przyjaciele? Co było dla Ciebie / dla Nich najtrudniejsze?

Rodzice na pewno zachwyceni nie są, ale najcięższy dla nich jest mój hijab. Mama bardzo przeżywa i boi się opinii sąsiadów czy znajomych. Może nawet i wstydzi się, ale nie przyznaje do tego. Mam nadzieję, że z wolą Boga, przywyknie.

Czy uważasz, że przyjmując islam wyrzekasz się „polskości”? Jak godzisz bycie Polką z byciem muzułmanką – czy można być obywatelką Europy o korzeniach chrześcijańskich – i jednocześnie wyznawać islam?

To zależy co mamy na myśli mówiąc "polskość". Bo jeśli oznacza ono kulturę, tradycję to tak, bo w większości są to rzeczy haram-zabronione dla muzułmanów. Ale jeśli weźmiemy to pojęcie, jako moje pochodzenie, to absolutnie nie. Jestem Polką, Polką się urodziłam i Polką będę, co nie znaczy, że jestem zmuszona przyjąć wiarę większości. Wiara jest czymś, co powinno się wybrać samemu z głębi serca, natomiast pochodzenie jest niezmienne.

A może chciałabyś dodać coś od siebie?

Życzę wszystkim, aby odnaleźli swoją drogę.Taką, która nada sens Waszemu życiu, taką która sprawi, że poczujecie się spełnieni pod każdym względem, a w waszym sercu nastąpi spokój.Taką drogą dla mnie jest islam.

Nur al-hude

lutego 11, 2011

jestem muzułmanką (3)

Dlaczego przyjęłaś islam?

Zdecydowałam się przyjąć Islam, chociaż jeszcze dwa lata temu miałam z nim same złe skojarzenia, tak naprawdę nic o tej religii nie wiedząc. Kiedy jednak zaczęłam się z nią zapoznawać, to było jak „powrót do domu”, tak jakby znalazła coś, czego całe życie szukałam , a nie mogłam tego znaleźć, choć przecież było to tak blisko…

Z czego zdecydowałaś się zrezygnować po przyjęciu islamu, czy może jakieś zmiany w twoim życiu zaszły?

Oczywiście, że zmiany w moim życiu zaszły ogromne, właściwie to wszystko musiałam zmienić:-). Przestalam chodzić do klubów, pic alkohol, jeść pewne pokarmy – zwł. wieprzowinę i jej pochodne, zmieniłam sposób ubierania się na skromniejszy, a wreszcie założylam hijab, zaczęłam modlić się 5 razy dziennie – słowem zaczęłam wprowadzać – powoli, małymi krokami – praktykowanie Islamu do swojego życia. Daleko mi do ideału, ale staram się a to jest najważniejsze:-)

Co sprawia Ci największą trudność, jeśli chodzi o praktykowanie islamu w Polsce (w Europie)?

Nie odczuwam jakichś szczególnych trudności, alhamduliLLah (dzięki Bogu.) Rzeczą, której bardzo mi brakuje jest fakt, że w Krakowie nie ma meczetu… takiego miejsca spotkań z prawdziwego zdarzenia:-) miejsca gdzie można by chodzić na lekcje arabskiego, lekcje Islamu, itd.

Czy spotkałaś sięz przejawami nietolerancji (Polska, Europa)? Jeśli tak, czego dotyczyły? Czy negatywne reakcje na twoją osobę?

Jedyny przejaw nietolerancji który mnie dotyka i boli, to zakaz noszenia hijabu w pracy. Stąd też noszę się z zamiarem wyprowadzki do Anglii, gdzie bez problemu pracowałam we wakacje w hijabie, czemu zresztą kibicowali moi szefowie. Jeżeli chodzi o przykre komentarze itd., to nikt nigdy nie powiedział mi niczego strasznego w twarz. A nawet jeśli tak by się stało, to nie uważam żeby to był powód do rozpaczy czy użalania się nad sobą. Wystarczy że pomyślę jak prześladowany był nasz Prorok i jego Towarzysze, a od razu dziękuję Allah że jedyne przejawy nietolerancji jakie mnie spotykają to krzywe spojrzenia od czasu do czasu i opinie, że „zostałam nawrócona przez beżowego penisa” (przepraszam za ten cytat, ale jest to niezmiernie ciekawa teoria ;))

Czy uważasz, iż twoja pozycja – jako kobiety – uległa deprecjacji po przyjęciu przez Ciebie islamu?

Absolutnie nie:-) bardzo interesuję się rolą kobiet w Islamie, dużo czytam zwłaszcza o kobietach w otoczeniu Proroka, o roli kobiety w społeczeństwie muzułmańskim i w rodzinie – jako żony, matki itd. I wszystko co czytam utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że w Islamie kobiety są wyróżnione, a nie poniżone. Allah nie rozróżnia ludzi pod względem płci, tylko pod względem taqwa, czyli stopnia pobożności, bojaźni, posłuszeństwa mu.

To, że los muzułmańskich kobiet w niektórych częściach świata bywa smutny, nie jest winą religii. W przyszłości chciałabym zająć się między innymi pomaganiem kobietom, które z różnych powodów znalazły się w trudnej sytuacji życiowej.

Czy jest coś w islamie, co sprawia Ci trudność?

Zdarzają się chwile nie tyle zwątpienia, co zwyczajnego lenistwa… np. co do odprawiania modlitw na czas, a zwłaszcza wstawania na pierwszą modlitwę Fajr… bywa ciężko, ale warto… Staram się być dla siebie dobra, niczego sobie nie narzucać na siłę, do niczego się nie zmuszać i do wszystkiego dochodzić małymi kroczkami.

Czy hijab w jakikolwiek sposób ogranicza Cię w Twoim codziennym życiu?

Jedyne co mi przychodzi do głowy to fakt, że czasem gorąco… ale wystarczy nauczyć się odpowiedniego dobierania garderoby – kolorów, materiałów, fasonów… Trochę żal że te wszystkie moje letnie sukienki, krótkie spódniczki, bluzeczki z dekoltami siedzą w szafie i czekają aż wyjdę za mąż, albo urządzę ladies night :-)

Trochę ciężko się wyzbyć nastawienia typu „jak Zośka zobaczy moje nogi to padnie z zazdrości” bo bywało i ta, że ubierałam się by wzbudzić zazdrość innych no i oczywiście zainteresowanie mężczyzn – wiadomo, każdej kobiecie to pochlebia. Ale plusów hijabu jest zdecydowanie więcej. Parę miesięcy temu oglądałam film pt. My Nam e is Khan. I tam jest taki cytat, który mówi wszystko o moim podejściu do hijabu. Oto on:

"my hijab is not just my religious identity. it is a part of my existence. it's me "

Jak na twoją konwersję zareagowali rodzice, bliscy, przyjaciele? Co było dla Ciebie / dla Nich najtrudniejsze?

Rodzicom ciężko się jest pogodzić, ale myślę, że powoli – bardzo powoli – zaczynają się przyzwyczajać. Oprócz nich nikt z rodziny nie wie, ale na razie nie ma takiej potrzeby. Rodziców na pewno boli odejście od „ich”/”naszej” wiary, boją się , że chce się od nich odciąć, ale widzą że nie zrywam z nimi kontaktów, że nie kłócę się z nimi – argument ten zaczyna więc powoli upadać, a przynajmniej taką mam nadzieję. Możliwe, że liczą na to, że mi „przejdzie” Ale ja mam nadzieję udowodnić im że jestem na serio  Co do znajomych - pare osób się ode mnie odsunęło ale nie jest to dla mnie jakaś straszna tragedia – nikogo nie będę przecież prosić żeby był moim kolegą/koleżanką. Rozumiem to , że dla wielu osób moja diametralna zmiana sposobu bycia była szokiem – ale większość na szczęście zdążyła się przyzwyczaić. Do tego stopnia, że jak żartobliwie pytam kogoś „idziemy na drinka”, to sieję popłoch i przerażenie: „Jak to przecież ty nie pijesz!!!” – więc dodaje, że chodzi o drink bezalkoholowy 

Czy uważasz, że przyjmując islam wyrzekasz się „polskości”? Jak godzisz bycie Polką z byciem muzułmanką – czy można być obywatelką Europy o korzeniach chrzescijańskich – i jednocześnie wyznawać islam?

Absolutnie nie uważam, że wyrzekam się polskości, chociaż ten zarzut słyszę często. Islam to religia dla wszystkich ludzi, nie dzieli nikogo ze względu na kolor skóry, narodowość, pochodzenie. A zresztą ja jestem fanką Tariqa Ramadana, który dużo pisze właśnie o tym, jak godzić te dwie tożsamości – bycie Europejczykiem i muzułmaninem. Wszystkim braciom i siostrom, tym, którzy są blisko Islamu, a także tym, którzy są jego przeciwnikami, polecam jego publikacje.

A może chciałabyś dodać coś od siebie?

Mimo, że zdarzają się chwile lepsze i gorsze, to jestem bardzo szczęśliwa. Życzę wszystkim czytelnikom, żeby odnaleźli swoją drogę tak jak ja odnalazłam.

KHADIJA

grudnia 27, 2010

jestem muzułmanką

Przedstawiamy Państwu pierwszy mini wywiad z serii "jestem muzułmanką". Polskie muzułmanki zgodziły się odpowiedzieć na najczęściej zadawane muzułmankom pytania.


Dlaczego przyjęłaś islam?

Ponieważ wierzę, że jest jedyną prawdziwą religią daną nam od Allah.

Z czego zdecydowałaś się zrezygnować po przyjęciu islamu, czy może jakieś zmiany w twoim życiu zaszły?

Wino, wieprzowina, muzyka, znajomi płci męskiej. Straciłam paru znajomych, którzy nie mogą się spotkać na rozmowę w innym miejscu niż pub.

Zaczęłam nosić hijab.

Co sprawia Ci największą trudność, jeśli chodzi o praktykowanie islamu w Polsce (w Europie)?

Nie mieszanie się z mężczyznami. Nie mogę tego w 100% przestrzegać, ponieważ są na uczelni i w pracy. A nie-muzulmanie często nie rozumieją i nie znają naszej religii.

Czy spotkałaś się z przejawami nietolerancji (Polska, Europa)? Jeśli tak, czego dotyczyły? Czy negatywne reakcje na twoją osobę?

Tak. Głównie hijabu. Nic osobistego raczej.

Czy uważasz, iż twoja pozycja – jako kobiety – uległa deprecjacji po przyjęciu przez Ciebie islamu?

Żadnych zmian nie zauważyłam w otoczeniu. Wewnętrznie czuję się swobodniej, bez presji makijażu, fryzury, sukcesu. A jednocześnie wszystkie te rzeczy nie zostały mi odebrane. Żal mi moich koleżanek i sióstr, które ”nie mogą wyjść na ulice nieumalowane” (cytat każdej z nich) i czasami spędzają 2-3 h na upiększaniu się tylko po to, żeby wyjść do sklepu po zakupy.

Jak na twoją konwersję zareagowali rodzice, bliscy, przyjaciele? Co było dla Ciebie / dla Nich najtrudniejsze?

Rodzina nadal się z tym nie pogodziła. Najtrudniej zaakceptować im hijab (bo co ludzie powiedzą). Uważają, że islam mnie ogranicza (bo np. nie mogę regulować brwi)

Czy uważasz, że przyjmując islam wyrzekasz się „polskości”? Jak godzisz bycie Polką z byciem muzułmanką – czy można być obywatelką Europy o korzeniach chrzescijańskich – i jednocześnie wyznawać islam?

Niczego się nie wyrzekłam, chociaż słysząc niektóre wypowiedzi Polaków o nas, konwertytach dochodzę do wniosku, że to Polska się nas wyrzekła. Bo to Polska przecież: "przedmurze chrześcijaństwa", i w ogóle "matka boska królowa Polski" itd. a my to tacy zdrajcy tradycji i korzeni. Chciałabym zauważyć, że Europa i Polska mają korzenie w pogańskich religiach i widać to w wielu tradycjach, również świątecznych. A chrześcijaństwo przyjmowano głównie ze względów politycznych. Większość Polaków to katolicy już tylko na papierze i w wykrzykiwanych przeciwko innym hasłach. Chciałabym zauważyć również, że Polska to kraj, nie wyznanie. Ja jestem muzułmanką, Polką i Europejką i dobrze mi z tym :)

A może chciałabyś dodać coś od siebie?

Uważam, że przyjęcie islamu było najlepszą decyzją jaką podjęłam w życiu. Nie zrezygnowałabym z mojej religii za nic. Inshallah. Życzę innym, aby przejżeli na oczy.

MMM



października 21, 2010

konwertyta Faisal Xavier

Abel Xavier postanowił w wieku 38 lat pożegnać się z futbolem. Były obrońca Liverpool FC przeszedł również na islam i przyjął nowe imię - Faisal Xavier.

Zawodnik przyznał, iż jest mu przykro porzucać uprawianie profesjonalnego sportu, ale jednocześnie dodał, że jest szczęśliwy z powodu odnalezienia nowej wiary. - Mimo iż jest to pożegnanie z piłką, wierzę, że teraz będę brał udział w czymś szczególnym. Islam jest częścią mojego życia - powiedział Xavier.

- Cieszę się, że to właśnie w islamie znalazłem pocieszenie w trudnych chwilach mojego życia. Dowiedziałem się, że jest to religia pokoju, wolności i nadziei. To niezwykle istotne dla mnie jako człowieka - dodał były reprezentant Portugalii. Xavier powiedział także, iż rozpoczął działalność charytatywną w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

źródło: sport.interia.pl

czerwca 22, 2010

Moja droga do islamu

Moja historia hmm... tak, zaczęła się, gdy przyjechałam do UK (wyjechałam po liceum by nauczyć się angielskiego i iść na studia). W UK poznałam ludzi z innych zakątków świata, mających inny kolor skory, inne wyznania czy kulturę, nie wspominając o języku. Jako 19to latka miałam trochę wąskie pojecie o świecie wiec mieszkanie w Londynie było dla mnie wpierw wyzwaniem, a potem szkoła. Nauczyłam się przede wszystkim tolerancji, tak, ale... nie do końca. Była jedna grupa ludzi, którzy bardzo działali mi na nerwy - muzułmanki. Te "chuściary, co sobie myślą, że jak maja kawałek szmaty nagłowie to są lepsze od innych" - miałam takie odczucie po tym, jak kilka razy muzułmanka zmierzyła mnie wzrokiem jakbym była nie godna w ogóle koło niej stać - było mi przykro i szybko to uczucie przerodziło się w nienawiść. To uczucie było tak silne, że nie potrafiłam się powstrzymać by atakować muzułmanki a i w końcu też cały Islam przez Internet (uznałam internet za dość bezpieczną wersję ataku), wiec wyzywałam i szydziłam z nich i z Islamu jak tylko mogłam, tak by sobie ulżyć, udowodnić że mam racje myśląc to co myślę:) So pathetic... Ku mojemu szczęściu grupa muzułmańskich internautów zaczęła odpowiadać na moje zarzuty, co do Islamu, obelgi czy jakkolwiek to, co pisałam można nazwać..To, co do mnie pisali tak mnie bolało...Dostawałam zielonej gorączki ponieważ nie potrafiłam sie z nimi kłócić, nie potrafiłam zaprzeczyć prawdziwości tego co mówią! Nie potrafiłam obalić ich argumentów. Ostatecznie miałam ochotę wydrapać tym ludziom oczy przez ekran mojego komputera bo..byłam taka bezsilna. Jako żarliwa katoliczka nagle zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę mało rozumiem ze swojej religii i ze jedyne co w głowie mam to "miłość do ukrzyżowanego Chrystusa" - wiec zaczęłam biegać po "konkretną wiedzę" do księdza, tak jakby 13 lat nauki religii w ogóle nigdy nie miało miejsca. Prosiłam, aby wytłumaczył mi to, tamto, dlaczego jest tak, czemu nie robimy tak jak tu w Biblii jest napisane, co Jezus miał na myśli mówiąc:
"Moja nauka nie jest moja, lecz Tego, który Mnie posłał. Jeśli kto chce pełnić Jego wolę, pozna, CZY nauka ta jest od Boga, CZY tez Ja mówię od siebie samego" (Jan 7:16-18)? Dlaczego w ST pisze, że Bóg to nie człowiek ani tez nie syn człowieczy (Ks. Liczb 23:19)?! Dlaczego w NT w 1 liście św. Jana 4:12 pisze, że: "Nikt nigdy Boga nie oglądał"? no i gdzie jest ta "jedność w Trójcy" gdy w Ew. św. Marka 13:32 jest napisane: "Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec"? a co to w ogóle znaczy: "Bogu SAMEMU złóż pokłon, świadectwem, bowiem Jezusa jest duch PROROCTWA" (Apokalipsa 19:10)?
dlaczego sam Jezus nie przestawia się na równi z Bogiem mówiąc: "Czemu nazywasz MNIE dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko SAM Bóg" (Marek 10:18)??? Albo jak to jest, ze trzy osoby są jednym, ale, do każdej modlimy się osobno? albo gdzie do jasnej anielskiej była jedna trzecia Boga, gdy Jezus niby umarł i był w takim oto stanie przez niby 3 dni? i tak dalej i tak dalej...
Pytania mnożyły mi sie jak króliki na wiosnę. Jednak większość moich pytań dostawała odpowiedź: "to jest wiara, w wiarę się wierzy, a nie rozumie" albo "to jest wielka tajemnica wiary, bądź silna w swojej wierze".
Może księdzu takie tłumaczenie wystarczało, ale mi nie. A propos, cala ta sprawa z "tajemnicą" zaczęła mi sie od tego momentu kojarzyć z koniem i marchewką. Ale ok, nieważne, ja jestem osoba, która zawsze chce mieć rację, nie cierpi przegrywać, dąży do upadłego by udowodnić swoje racje, nawet kosztem "dorabiania teorii" wiec dalej brnęłam w te moje rozmowy z muzułmanami sprzeczając się "która religia jest prawdziwa". Po paru miesiącach nie mogłam już spać, oczy miałam czerwone od płaczu. Straciłam wiarę. Wszystko stało się bez sensu. Trwało to jakieś parę dni, taka czarna dziura. W międzyczasie oglądałam filmiki na youtube, szczególnie wypowiedzi szeicha Yusuf Estes zwalały mnie z nóg. No i już dłużej nie mogłam. Schowałam dumę do kieszeni i…przyznałam się do błędu. Wypowiedziałam moją szahadę w uniwersyteckim pokoiku, sama, ze zwieszoną głową, jak dziecko które naprawdę nabroiło. Wtedy takie cudowne uczucie mnie ogarnęło. Przez tydzień chodziłam jakby w moim ciele siedział duch, który wypełniał moje ciało od głowy aż po czubki moich palców, czułam się tak lekka, wręcz lotna... Teraz też będę walczyć, ale w imię Islamu, jeszcze mocniej i bez zachwiania, jak żołnierz, bo...mam podstawy by wierzyć, mam dowody, mam logikę!!! Teraz czuję się szczęśliwa, bezpieczna. Alhamdulilah!!! A gdy słyszę słowa "oto boże ciało" dopada mnie dreszcz - teraz zadaje sobie pytania: jak ci księża mogą to robić? dlaczego ci ludzie na klęcznikach nie zadają pytań? In sza Allah więcej ludzi przejrzy na oczy, tak jak ja. In sza Allah (jak Bóg da)…
Ola

maja 13, 2010

Mój mąż muzułmanin

Mija dwanaście lat, od kiedy wyszłam za mąż i muszę przyznać, że nasza wspólna podróż była naprawdę długa i kręta – jednak szczęśliwa. Kiedy braliśmy ślub byłam katoliczką i nie miałam najmniejszego zamiaru zmieniać wyznania na islam.

Mąż był bardzo wyrozumiały i jedyne o co poprosił, to żebym chociaż spróbowała od czasu do czasu poczytać tłumaczenie Koranu. Zgodziłam się. Niedługo po ślubie, ponieważ nasza sytuacja ekonomiczna w Stanach była bardzo słaba a nie byliśmy w stanie zarobić na godne życie, przeprowadziliśmy się do Kuwejtu,.

W chwili, kiedy postawiłam stopę na Kuwejckim gruncie znalazłam się w zupełnie nowym świecie: przepełnionym islamem, muzułmanami i kulturą arabską, którego mieszkańcy myśleli w zupełnie inny sposób. Szczerze mówiąc byłam głęboko wstrząśnięta: nie rozumiałam nowego otoczenia i pojęłam zachowanie ludzi jako ślepy fanatyzm. Jedyne o czym marzyłam do wskoczyć z powrotem do samolotu i odlecieć jak najdalej od tego dziwnego Nowego Świata.

Mój mąż był u mojego boku, gdy stawiałam pierwsze niepewne kroki w nowej rzeczywistości. Kiedy stwierdziłam, że kuchnia jego matki jest zbyt ostra i niestrawna dla mnie, zapewniał mnie, że inne rodzaje potraw są łatwo dostępne, włącznie z amerykańskimi „specjałami” typu McDonald’s czy Pizza Hut. Gdy umierałam z tęsknoty za rodziną pozostawioną w ojczyźnie, pocieszał mnie całe noce i proponował, że zabierze mnie „do domu”. W ciągu tych dwunastu lat w każdym szczęśliwym momencie, jakiejkolwiek chorobie czy chwilach chandry, kiedy nie umiałam zmusić się do uśmiechu mój mąż był przy mnie i trzymał mnie za rękę.

Jest moim najlepszym przyjacielem, powiernikiem i ojcem moich dzieci. Na równi ze mną zmieniał pieluchy, sprzątał rozlane kaszki i znosił wahania nastroju w czasie moich ciąży. Nic nie pozbawiało go panowania nad sobą – nawet dzieci wymiotujące na nowiutką koszulę i konieczność zmycia sterty naczyń, kiedy byłam zbyt zmęczona by się ruszyć.

Bardzo żałuję, że muzułmańscy mężowie są tak obsmarowywani przez zachodnie media. Często mąż muzułmanin jest przedstawiany jako tyran zmuszający żonę do dźwigania „garbu islamu” w postaci hidżabu. A przecież w rzeczywistości bardzo często, bo jednak nie zawsze, islamscy małżonkowie decydują się na islamski sposób ubioru, ponieważ jest on określony przez Koran i przez tradycję Proroka Mohammeda. Nie jest to forma przymusu czy osobistego kaprysu.

Allah Najwyższy mówi (interpretacja znaczenia):
Powiedz wierzącym kobietom, żeby spuszczały skromnie swoje spojrzenia i strzegły swojej czystości; i żeby pokazywały jedynie te ozdoby, które są widoczne na zewnątrz; i żeby narzucały zasłony na piersi, i pokazywały swoje ozdoby jedynie swoim mężom lub ojcom (…) [Koran 24:31]
Ja osobiście po przyjeździe do Kuwejtu nosiłam dżinsy i koszulkę z krótkim rękawem. Nosiłam to, na co miałam ochotę i nigdy ani mój mąż, ani jego rodzina nie powiedzieli mi nic na ten temat.

Nie znaczy to, że mąż nie prosił mnie o czytanie Koranu. Jego delikatne i czasem dokuczliwe prośby opłaciły mu się. Zaczęłam czytać Koran i mój głód wiedzy islamskiej rósł z każdym dniem. Szukałam i dociekałam, aż między kartkami Koranu znalazłam prawdę, której szukałam chyba całe życie. Postanowiłam zostać muzułmanką i poszłam do sklepu kupić swój pierwszy hidżab – wszystko sama!

Wtedy mąż przyjął nową funkcję - stał się moim nauczycielem. Wyjaśniał mi wszystko, uczył pościć i modlić się. Kiedy myliłam się lub coś mi się nie udawało, nie beształ mnie, ale mnożył swój własny wysiłek, by nauczyć mnie wszystkiego poprawnie.

Jego cierpliwość była nieskończona, jak moje odchudzanie… Chciałam wiedzieć wszystko o islamie. To pragnienie nie obudziło się we mnie nagle, na zasadzie objawienia, w ciągu jednego wieczoru, ale dzięki jego cierpliwości i delikatności. Niemniej jednak istniało.

Islam przyniósł spokój mojej duszy i nadał pogodny klimat naszemu ognisku rodzinnemu. Od kiedy jestem muzułmanką jestem mniej zestresowana i mniej martwię się o przyszłość. Znalazłam w sobie nieznane pokłady cierpliwości dla rodziny i otoczenia. Już nie frustrują mnie codzienne życiowe porażki. Dzięki Koranowi i tradycji Proroka (pokój z nim) nauczyłam się o co w tym życiu na prawdę chodzi i swoją energię przeznaczam na to, co jest na prawdę pożyteczne – na dobre uczynki, które pomogą mi, za pozwoleniem Allaha, otworzyć drzwi Raju.

listopada 07, 2009

zmieniłam wiarę


Zapraszamy do zapoznania się z reportarzem dotyczącym islamu i siostry Agnieszki.

Niesety, z przyczyn technicznych, nie ma mozliwości wklejenia filmu na blog. Jest on dostępny on-line tutaj.

czerwca 07, 2009

"Polacy to tacy mili ludzie, gdyby tylko

byli muzułmanami" ;-), powtarza często - jeśli temat rozmów zejdzie na Polskę - mój mąż, Arab rodem z Królestwa Saudów. Czy spotkały go podczas wizyt w Polsce nieprzyjemności? Oczywiście, że nie - twierdziłby pewnie wówczas inaczej, choć żonę ma Polkę (no fakt, muzułmankę ;-). Jak to jest z Polską tolerancją, gościnnością, otwartością na inność? Tyle odpowiedzi, ile różnorodnych doświadczeń z Polakami mieli cudzoziemcy odwiedzający kraj nad Wisłą. Z wieloma miałam szansę w Polsce pracować, znam takich, którzy wybrali tu życie, wżenili się w polskość, Polskę uwielbiają, mimo tych minusów, jakie życie w kraju obcym a nawet własnym przysparza. Ale, ale - niniejszy monolog :), chciałam poświęcić doświadczeniom, Polki, która obywatelką RP pozostała, tylko trochę się zmieniła. Zmiany związane oczywiście były z przyjęciem islamu i obejmowały - jeśli chodzi o interakcję z krajanami (m.in.:) porzucenie używek, rezygnację z wielu spotkań towarzyskich, lecz nie wszystkich; inny sposób ubierania się (pamiętam raz pan przy okienku na poczcie zadał mi pytanie: "Przepraszam, czy pani jest zakonnicą czy kobietą? hehe) odmawianie modlitwy pięć razy dziennie (czasami w dziwnych miejscach ;). Tym, co definiowało mnie dla przeciętnego przechodnia - był odmienny strój, ale i to - 99,8% przechodniów nie mobilizowało do obrażania mnie czy nieładnego traktowania. Podczas dwóch lat (potem wyjazd do Arabii) przemieszczania się po ulicach stolicy (jak również kilku innych miast) dosłownie trzy (3) reakcje niemiłe mnie spotkały pod postacią nieprzyjemnych komentarzy. Cóż to jest w porównaniu z wieloma uśmiechami i miłymi słowami od ludzi mi nieznanych?

Chwała Bogu - postawił On na mej ścieżce ludzi mądrych, o wielkich sercach, począwszy od mojej Mamy, najbliższej rodziny, poprzez przyjaciółki od lat dziecięcych, z którymi przez lat naście z niejednego pieca chleb się jadło, ludzi tworzących firmę, w której miałam szczęście pracować i nauczyć się wielu rzeczy - nie tylko od strony profesjonalnego szlichtu, lecz również relacji międzyludzkich, urzędników, lekarzy i pielęgniarki, nauczycieli, kosmetyczki, ekspedienci(tków) i sprzedawców w sklepach witających uśmiechem... To właście dzięki mej odmiennej modzie byłam rozpoznawana i zapamiętywana. Ba - a moi osiedlowi sąsiedzi i - rzecz jasna POLSKIE muzułmanki...

Wow
(jak to mówi moja trzyletnia córka), mogłabym wymieniać i wymieniać, pisać i pisać o ludziach, którzy stosunku swego do mnie nie zmienili bo zmienił się mój styl życia. O ludziach dobrych, myślących, kulturalnych, tolerancyjnych, nie uprzedzających się do innych jedynie dlatego, że są inni.

Takich Polaków mam nadal szansę poznawać - dzięki niniejszemu blogowi jak również dzięki blogowi o Arabii Saudyjskiej - i uczyć się od nich (Was) wielu rzeczy! I choć zdarzają się setne sekundy kiedy powieje chłodem - to ludzi przedkładających to, co jest nam wspólne nad to, co nas dzieli - jest zdecydowanie więcej! I za to dziękuję Bogu, i za to im - Wam - wszystkim należą się ode mnie podziękowania - za umiejętność dostrzegania w człowieku - człowieczeństwa.

Umm Latifa

maja 20, 2009

w poszukiwaniu prawdy

Krótko po moim urodzeniu, moja mama według panującego w naszym regionie zwyczaju wzięła do jednej dłoni różaniec, a do drugiej banknot i wysunęła obie dłonie ku mnie, ciekawa co wybiorę (widocznie musiałam już być zdolna do wyciągania rączek po przedmioty, zatem wątpię by było to zaraz po moim przyjściu na świat, ponieważ nigdy nie słyszałam, żebym była „cudownym dzieckiem"). Wybrałam ku zaskoczeniu rodziców różaniec. Wybór ten według tradycji oznaczać miał, że w moim życiu specjalne miejsce zajmie duchowość, a nie materializm. I dokładnie tak było (jest).

Kilka lat później, gdy byłam już małą dziewczynką owijałam się w stylu mumii w zasłony okienne i bawiłam w siostrę zakonną. Zasłony miałam do wyboru w dwóch zestawach (choć niezupełnie ten wybór był realny, skoro zawsze jeden z zestawów wisiał na moim oknie balkonowym) żółty i pomarańczowy; był to niegniecący się, syntetyczny typ powszechnych zasłon komunistycznych. Pomylić z zakonnicą mógłby mnie więc tylko człowiek ślepy, lecz nie przeszkadzało mi to prezentować się dumnie przed wielkim lustrem (które z trudem musiałam wcześniej przytachać z przedpokoju do mojego królestwa) i oglądać z zachwytem mą szatę (i różne kompozycje zwijania jej, które wypróbowywałam), me zgrabne pozycje greckiej statuetki oraz mój chód z przeszkodami po pokoju tam i z powrotem (zasłony były bardzo długie i plątały się pod stopami pomimo desperackich czasem prób poskromienia ich).

Potem przyszedł czas na zabawy w księdza. W czasie rodzinnych niedzielnych wizyt obiadkowych u dziadka gromadziłam potrzebne mi do odprawienia nabożeństwa akcesoria, ustawiałam na środku pokoju krzesło od tej pory grające rolę ołtarza, mała dekoracja, biały podłużny obrusik na wierzch, zloty kielich na środek (czytaj plastikowy kieliszek pomalowany na złoto, uwaga: bez wina, nie pamiętam co zwykłam w nim pijać, ale zapewne wodę mineralną, albo dziadkowy rabarbarowy kompot) i przede wszystkim skarbczyk do ręki. Odpowiednio przyodziania dostojnie zajmowałam miejsce przed krzesełkiem-ołtarzem i z otwartej ściągawki (skarbczyka) recytowałam partię księdza. Jako że niestety ani razu nie dane było mi posiadać rzeszy wiernych, która zechciałyby uczestniczyć w odprawianych przez mnie nabożeństwach, musiałam recytować prócz partii księdza także partie publiki. Oczywiście nie mogło się obyć bez śpiewania psalmów w moim wykonaniu (a wierzcie mi, że nie mam pięknego głosu) i odpowiedniego „księżego” zawodzenia.

Czasy dzieciństwa szybko minęły i jako dorastająca nastolatka postanowiłam zostać aktywistką-feministką. Złożyłam z moją ideologiczną towarzyszką śluby o nieposiadaniu chłopaka przez najbliższy rok (w tym wieku go oczywiście nie miałam i nie miałam zamiaru mieć i w przyszłości, dlatego też śluby miały być ponawiane). Nasza przysięga została uroczyście zapieczętowana rytualnym obcięciem kampionów z tego co się dało z naszych ciał (włosy, brwi i bodajże paznokcie, żadnych okaleczeń oczywiście) i spaleniem tych biologicznych próbek. Ażeby nadać nowym przekonaniom charakter nieco bojujący i aktywny należało wziąć się za zatwardziałych wrogów feminizmu. Jako pierwsza na ostrzał poszła religia katolicka. Tak też zaczytywałam się wyrywkowo w wersetach Nowego Testamentu mających świadczyć o dyskryminacji kobiet w moim ówczesnym mniemaniu (szczególnie dostało się nakazowi posłuszeństwa mężczyźnie). Jako że byłam (i jestem nadal) dość nieśmiałą osobą, z mojej interpretacji tych wersetów i innych ideologicznych dyskursów skorzystała publiczność składająca się z mojej mamy tylko i wyłącznie.

W konsekwencji przyszła niechęć do kościoła, zwątpienie i negacja boskiego pochodzenia Biblii, a w końcu po dłuższym czasie i istnienia Boga. Tu prosta droga do ateizmu. Moja bliska przyjaciółka w tym czasie postanowiła zostać Świadkiem Jehowy i zaczęły się próby z jej strony bombardowania mnie „Strażnicą” i „Przebudźcie się”, na co ja odpowiadałam uparcie artykułami o małpim pochodzeniu człowieka.

Mój feminizm zakończył się wraz z pierwszą „miłością” (dziś mogę słowo to wziąć w cudzysłów), która okazała się całkowitym przeciwieństwem władczego i samolubnego samca- jak wyobrażałam sobie gatunek męski.

Po jakimś czasie w me ręce wpadła autobiografia świętej Faustyny i jej żywe opisy Jezusa zainspirowały mnie i zachęciły do lektury Biblii. Wzięłam się więc za lekturę Starego Testamentu i żmudnie brnęłam przez jego księgi każdego dnia przed i po zajęciach (było to już w czasie studiów). Doszłam do wniosku, że Bóg jak najbardziej istnieje i cos w „tym” - czyli Biblii - jest. Postawiłam sobie za cel znalezienie najbliższej prawdzie religii szukając przy tym pomocy Boga i prosząc Go o wskazanie mi, gdzie leży prawda. Zaczęłam od poszukiwań w chrześcijaństwie i różnych jego odłamach. Po krótkim czasie uznałam jednak, że nurty protestantyzmu nie różnią się wiele od katolicyzmu co do ogólnych wierzeń, wyobrażeń Jezusa i głównych prawd wiary. Wybrałam wiec najłatwiejsze rozwiązanie, aby odnaleźć Boga - uczęszczanie do kościoła katolickiego (z uwagi na najłatwiejszy dostęp). Zaczęło się codzienne uczęszczanie na msze święte, zakupywanie literatury katolickiej (która przekonała mnie w tamtym czasie, że Świadkowie Jehowy to niebezpieczna sekta, na czym ucierpiała oczywiście moja przyjaciółka…tym razem napastowałam ją wycinkami z prasy katolickiej i katolickimi opracowaniami na temat oszukańczych Świadków Jehowy), spowiedź, droga krzyżowa itd. Była nawet myśl o wstąpieniu do zakonu, która się jednak szybko ulotniła wraz z całą otoczką. Dlaczego? Myślę, że powodem było to, że w tych gorliwych praktykach nie czułam się sobą, nie byłam naturalna. Znajomi mnie nie poznawali, a i ja sama czułam się jak w obcej skórze. Zaczęło mi nagle przeszkadzać i drażnić mnie wiele rzeczy, wszędzie dookoła dopatrywałam się zepsucia i upadku moralnego (przeszkadzała mi nawet obecność bielizny na wystawie sklepowej), byłam spięta i pełna negatywnych emocji. Nie czułam duchowego pokoju, żyłam jakby w innym świecie. Wszystko wiec prysło z dnia na dzień jak bańka mydlana (dosłownie) i od tego czasu już nigdy nie zawitałam w kościele. Pozostała mi jednak wiara w Boga i w Jego obecność w Biblii.

I tak pomału, nieświadomie zaczęłam obierać kierunek - islam. Złożyło się na to kilka małych (ale jakże ważnych) rzeczy. Jedną z nich było to, że widok modlących się muzułmanów i melodia adhanu (wołania na modlitwę) sprawiały, że przechodziły po moim ciele wibracje i ciarki spowodowane silnymi emocjami i zachwytem. Interesowałam się wówczas już od dłuższego czasu kulturą arabską (szczególne zamiłowanie żywiłam do muzyki arabskiej, z której później przyznam się, że z wielkim bólem musiałam zrezygnować) miałam wiec jako taki obraz islamu, był to jednak obraz daleki od perfekcji, niczym w krzywym zwierciadle, gdyż widziany oczyma chrześcijańskich orientalistów nie rozumiejących i źle interpretujących wiele elementów tejże religii. Zrozumieć niektóre wersety Koranu i kontrowersyjne hadisy pomogły mi internetowe strony o islamie, znalazłam na nich wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i wątpliwości. Dużą role odegrało i to, ze miałam okazje wziąć udział w dwóch wykładach o islamie (prowadzonych przez muzułmanów) i odwiedzić meczet asystując przy modlitwie. Obserwując modlące się muzułmanki wiedziałam już w głębi serca, że będę kiedyś jedną z nich i że tu kończą się moje poszukiwania najbliższej prawdzie religii. Pewność ta okazała się słuszna, gdyż rok po tym wypowiedziałam szahadę (islamskie wyznanie wiary). Odnalazłam w islamie Siebie i wartości, które ukazały mi świat i sens życia z innej perspektywy, ale też jasność, logikę, zgodność faktów, harmonię i w efekcie przekonanie co do słuszności i prawdomówności tej religii. Cieszyło mnie, że islam nie jest nawet w najmniejszej swej części tworem ludzkim jak wiele elementów katolicyzmu (co jest charakterystyczne dla religii opierających się na duchowieństwie i ludzkim przewodnictwie, spójrz: papiestwo), ale wszystko co zawiera pochodzi bezpośrednio od proroków i samego Boga. Cieszyło mnie, że już nie potrzebuję pośrednika ani aby prosić Boga o wybaczenie, ani aby się do Niego modlić.

Na mój wybór bardzo duży wpływ miał także pewien sen, za którego sprawą kupiłam i przeczytałam Koran, oczywiście nie wszystko od razu rozumiejąc. Był to sen wyjątkowy, surnaturalny i pełen bogatej symboliki, niosący jedno przesłanie - moje miejsce jest w islamie. Pamiętam go bardzo dobrze, ale pozwólcie, że jednak zachowam dla siebie.

Tym zakończę historię mojego nawrócenia i poszukiwań Boga. Minęło kilka lat i dziś mam szczęście być szczęśliwą żoną i mamą, ale przede wszystkim Sobą, czyli muzułmanką, dziękującą Bogu za szansę, którą mi dał.

Drodzy chrześcijanie, panowie i panie, mam nadzieję, że nie uraziłam was doborem moich słów, piszę z mojej własnej perspektywy, perspektywy nawróconej osoby, w której oczach islam równa się prawdzie tak przeze mnie poszukiwanej.

Długo wahałam się, czy wysłać moje opowiadanie czy nie (to już drugie, pierwszego nie wysłałam- zrezygnowałam). Nie jestem osobą lubiącą się zwierzać publicznie, dlatego też podpisuję się prostu jako

Jennet
(słowo w języku arabskim oznaczające „ogrody” i występujące często w koranicznych opisach raju).

zdjęcie: meczet Hassana II w Casablance, trzeci pod względem wielkości meczet na świecie

maja 14, 2009

"dokłanie rok temu o godzinie 22:25 zostałam muzułmanką"

Zdecydowałam się na napisanie o mojej historii przejścia na islam. Co mnie do tego podkusiło? Może fakt, że dokłanie rok temu o godzinie 22:25 zostałam muzułmanką.

Pamiętam ten dzień jak dziś. Był bardzo niespokojny. Wiedziałam, że moje życie zmieni się diametralnie. Rodzina była przygotowana na ten "szok", ale zawsze "Mamo, przechodzę na islam" teoretycznie nie wstrząsa tak bardzo jak w praktyce. Myślę, że nie muszę opisywać moich uczuć, które na mnie napłynęły po zostaniu muzułmanką, bo każda z Sióstr ich doświadczyla :) Pierwszy raz poczulam się naprawdę szczęśliwa.

Interesowałam się islamem rok przed podjęciem tej zmieniającej moje życie decyzji. Wiele niedomówień chrześcijańskich, brak nacisku na wiarę w moim domu i pomoc koleżanek/kolegów muzułmanów z krajów islamskich pomogły mi wybrać dążenie drogą Allaha.

Zmieniłam religię mając niespełna 17 lat. Wiedziałam, co robię i wiedziałam jak ważną decyzję podjęłam. Nie czekałam na żadne oklaski, bo wiem, że w domu wzbudzilam lekką kontrowersję, lecz mam bardzo wyrozumiałych rodziców, alhamdullilah i to właśnie w nich znajduję wsparcie. Nie jest łatwo być muzułmanką - nastolatką w mieście, gdzie o islamie ni widu ni slychu.. :)

Po paru dniach stąpania po nowej ścieżce życia wybrałam się do pewnego meczetu. Jako świeży "nabytek" islamu chciałam zdobyć więcej informacji od kobiet, które tam były. W meczecie była jedna muzułmanka - starsza pani. Gdy tylko dowiedziała się, że zmieniłam religię skomentowała jednoznacznie :"A po co ci to było? W sumie młoda jesteś, to sobie możesz. Czasami przychodzą tutaj starsze osoby, ale po co im na starość takie zmiany".

Przyznam, że te słowa wzbudziły we mnie smutek. Nie pojechałam tam by mnie klepano po plecach i gratulowania poprawnego wyboru, nie czekałam na to, liczyłam raczej na pewną pomoc w poszerzaniu wiedzy o islamie a tu bach.. niemiła niespodzianka :) Jestem muzułmanką ze świadomego wyboru, nikt mnie nie naciskal, wiedzialam, że to poważna decyzja a poczulam się tak, jakby kazano mi czekać do wieku średniego by zmienic religię. Przecież tu nie liczą się lata, a to co się czuje :) Każdy jest gotowy na zmiany w różnym czasie a ja jestem dumna, że Allah otworzył mi oczy tak szybko :) Alhamdulillah była to tylko jedna niemila sytuacja.

Islam całkowicie zmienił moje życie, podejście do niego i patrzenie na świat. Jestem wdzięczna Bogu za to, że poprowadził mnie właściwą drogą. Dziś w rocznicę mojego małego "święta" postanowiłam walczyć o pozwolenie noszenia hijabu. Być może brzmiało to dziwnie, lecz przez niepoprawny światopogląd i nietolerancję mogę wzbudzić wielkie kontrowersje i spowodować nieprzyjemności mojej rodzinie przez nałożenie chusty. Jak to mawia moja mama :"Wiesz, że nauczyciele i egzaminatorzy podczas matury mogą Cię bardzo szybko skreslić przez Twoją odmienność. Poczekaj z chustą do studiów." Niestety nie potrafię sobie powiedzieć "Cierpliwości kobieto, jeszcze tylko rok!" ;) Wierzę, że Allah mi pomoże i uda mi się to wszystko przezwyciężyć :)

Marlena

* * *
Niech Allah siostrze wynagrodzi podzielenie się historią na łamach bloga. Wszystkich, siostry i braci, którzy zechcieliby opisać swoje nawrócenie, zapraszamy! Piszcie do: strona.oislamie@gmail.com z dodatkiem "BLOG MUZUŁMANKI"

kwietnia 04, 2009

moja historia: Mona, były niedoszły Świadek Jehowy

Jakie pytania najczęściej słyszę, gdy Polacy dowiadują się, że jestem polską muzułmanką – konwertytką, i że mam męża Araba? Zdarza się, że patrzą ze współczuciem lub politowaniem, reagują zdziwieniem lub agresją. Czy to dla/przez niego przyjęłam islam? Czy nie bałam się wychodzić za niego za mąż? Czy nie brakuje mi Polskich świąt? Co na to moja rodzina? Niektórzy uważają, że zdradziłam moją wiarę i ojczyznę, inni, że jestem bardzo odważna, albo bardzo zakochana i naiwna. A jaka jest prawda?

Na początku chciałabym sprostować jedną rzecz. Nigdy nie byłam katoliczką. Nie zostałam ochrzczona, bierzmowana, nie miałam komunii. Nie tęsknie za Bożym Narodzeniem ani Wielkanocą ani urodzinami, bo nigdy tego nie obchodzilam. Jestem byłym – niedoszłym Swiadkiem Jechowy. Mówiąc były mam na myśli, że urodziłam i wychowałam się w rodzinie Świadków i żyłam tą religią 20 lat. A niedoszły bo w przeciwieństwie do katolików, którzy chrzczą niemowlęta, chrzest Świadków jest świadomą decyzją dojrzałego człowieka, a ja nigdy nie zdecydowałam sie na to z powodu wątpliwości, które z czasem doprowadziły mnie właśnie do islamu. Jako Świadek uczyłam się z Biblii o prorokach, Dniu Sądu Ostatecznego i Zmartwychwstaniu, znałam na pamięć spis treści i wiedziałam gdzie szukać poszczególnych ksiąg. W mojej biblioteczce znaleść można było Biblię tysiąclecia, nowego świata, jak i przekład Jakuba Wujka. Nie wierzyłam w Trójcę Świętą, Matkę Boską, Świętego Mikołaja. Piszę o tym, bo z mojego punktu widzenia Świadkowie mają więcej wspólnego z islamem niż kosciół rzymskokatolicki. Było mi łatwiej niż katolikom bo poznając islam nie musiałam zmagać się z wieloma dogmatami. Dlaczego więc odeszłam?

Straciłam wiarę w pochodzenie Bibli. Jako nastolatków, już w liceum uczą na języku polskim, że najstarszą ewangelią jest Ewangelia według Jana, powstała bodajrze 100 lat po śmierci Jezusa. Jest całe mnóstwo apokryfów czyli ksiąg, które nie weszły do kanonu. Miałam wręcz wrażenie, że w pewnym okresie czasu była moda na pisanie ewangeli. Są ewangelie wszystkich apostołów, łącznie z Judaszem (było głośno o tym całkiem niedawno) i Marią Magdaleną. Więc powoli zaczęłam się odsuwać i szukać informacji z innych źródeł. Czytałam teorie różnych filozofów, najbardziej przemawiali do mnie w tamtym czasie egzystencjonaliści. Nie wiem czemu nigdy nie pomyślałam o islamie. Pewnie odstraszała mnie wizja zakrytych kobiet ;-). Potem poszłam na studia, niestety nie na moją ukochaną filozofię, i nie miałam tyle czasu na czytanie.

W tym okresie wyrobiłam sobie mój własny światopogląd. Coś w rodzaju kompromisu. Wierzyłam, że Bóg istnieje, ale nie chciałam należeć do żadnej religii. Nie nazywałam siebie chrześcijanką. Uważałam, że wystarczy być „dobrym człowiekiem”, nie robić nikomu krzywdy itp. Kiedy zaczęłam czytać o islamie czułam się jakbym wracała do domu, ale domu odnowionego, z paroma dodatkowymi oknami dla wpuszczenia światła, i zaryglowanymi tylnymi drzwiami dla bezpieczeństwa. To było niesamowite uczucie. Ciagle odkrywam nowe pokoje, ale to jest mój dom. Postanowiłam napisać, żeby uzmysłowić ludziom parę rzeczy.

Po pierwsze, to nie jest tak, że wychodzimy za mąż i chop siup przyjmujemy islam. Często jest to poprzedzone latami poszukiwań i przemyśleń, zwątpień w istnienie Boga i pytań o nature zła. Mój mąż był tylko iskrą. Chciałam go poznać, a co za tym idzie, wiedzieć co jest dla niego ważne, jakimi zasadami się kieruje. I czy ze względu na to jestem w stanie dzielić z nim życie. Po drugie, wypowiadając szachadę (wyznanie wiary) nie stajemy się automatycznie wzorem cnót i nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Znalazłyśmy się na „drodze prostej”, którą staramy się podążać. Idziemy raz wolniej, to znów szybciej, byle do przodu. Niektóre zasady są łatwiejsze do zaakceptowania, z innymi mamy większe trudności. Czy to ze względu na wychowanie czy charakter. Obowiązkiem muzułmanina jest zdobywanie wiedzy i walka z własnymi słabościami. Mamy rozum, żeby z niego korzystać i mamy serce, żeby czuć różnice między dobrem i złem. A co daje mi islam osobiście? Poczucie bezpieczeństwa, coś czego mogę się trzymać. I poznałam siebie trochę lepiej, mam więcej cierpliwości, mam nadzieję, pracuję nad sobą. I tego życzyłabym wszyskim.

Mona
* * *
Siostry i braci w islamie, którzy zechcieliby podzielić się z Czytelnikami bloga swoimi historiami odnalezienia islamu, zapraszamy do nadsyłania artykułów na adres: strona.oislamie@gmail.com z dopiskiem "blog Muzułmanki". Niech wam Allah dobrem wynagrodzi.

lutego 01, 2009

Chcę się wyróżniać?

„Dlaczego tak się ubierasz, nie możesz nosić wiary w sercu? Co chcesz udowodnić? Chcesz się pokazać? Wyróżniać? Chcesz zwrócić na siebie uwagę?”.

Takie pytania padły po raz pierwszy z ust osób mi najbliższych, potem jeszcze kilkakrotnie słyszałam je od innych. Zawsze byłam osobą raczej nieśmiałą, która chciała zniknąć w tłumie. Daleko mi było do „pokazywania się”. Co więc się stało? Dlaczego nagle zostałam muzułmanką, a w dodatku zaczęłam nosić „takie” ciuchy? Znudziło mi się bycie szarą myszką? Chciałam zabłysnąć? Zwrócić na siebie uwagę innych, być w centrum zainteresowania? Nie... Nigdy nie było to moim celem. Jeśli komuś się wydaje, że podoba mi się kiedy ludzie oglądają się za mną, gdy śledzą moje ruchy, plotkują, pokazują palcami, to się myli. Nie sprawia mi to przyjemności. Czasem takie wyróżnianie się bywa nawet uciążliwe...

Wczorajsza noc... Zero snu, czuwanie, opieka nad czteroletnią córeczką, która raz po raz wymiotuje, nie przyjmuje żadnych płynów... Mija godzina, dwie, trzy, w końcu po sześciu godzinach stwierdzam, że tak dalej być nie może, bo jednak samo nie przejdzie. Czekanie jest tym bardziej niebezpieczne, że mała jest po poważnej operacji serduszka, nie wolno nam dopuścić do zbytniego spadku elektrolitów w organizmie. Jest niedziela, godzina 2:30 w nocy. Żadnej dyżurnej przychodni... Gdzie więc zabrać małą? No gdzie, jak nie do szpitala. Mąż właśnie wrócił z pracy, tak że szybciutko szukam ubrań i wychodzimy. Dostajemy się do szpitala, wypełniamy formularze, przechodzimy do gabinetu, gdzie pan doktor z krzywą miną patrzy na mnie i pyta, czy jestem Polką...

- Tak, jestem Polką.
- Ale z pochodzenia, czy z obywatelstwa?
- Z pochodzenia.
- Acha...

W końcu bada małą. Dzięki Bogu, w oskrzelach czysto. Jednak gorączka 38,5, znów wymioty... Rzut oka na gardło – angina ropna. Pielęgniarka robi zastrzyk przeciwwymiotny, lekarz przepisuje antybiotyk, syrop przeciwbólowy, syrop przeciwwymiotny... Zadowolona biorę małą na ręce, bo na nogach ustać nie może, po czym wracamy do domu. Po dłuższym czasie córcia pije dwa łyczki herbatki i usypia. Dzięki Bogu. Nie zwróciła. Jesteśmy na dobrej drodze... Córcia usypia, ja jednak czuwam... Sprawdzam, czy gorączka nie rośnie, czy mała śpi spokojnie, czy nie zbiera ją znów na wymioty. Co jakiś czas wlewam jej do buźki po parę kropelek herbatki, zwilżam usta.

Szósta rano. Budzi się druga córcia, wymiotuje. Za chwilę znów i znów... Podejrzewam, że się zaraziła, jednak wciąż jeszcze jest nadzieja, że może akurat to tylko taki pojedynczy epizod... Ale roczne dziecko szybko może się odwodnić. A co jeśli to jednak angina? Im dłużej będę zwlekać, tym gorzej.

Niedziela. Dziesiąta rano. Znów idę więc do szpitala... Idę sama z dzieckiem, bo mąż nie bardzo jeszcze rozumie po polsku, a tu jednak trzeba się porozumiewać. A w domu jeszcze dwójka maluchów, w tym córcia odsypiająca po męczącej nocce. Mąż musi więc zostać, pilnować dzieci. Wchodzę, znów wypełniam formularz, znów przechodzę do gabinetu... Lekarz zaczyna na mnie krzyczeć: „Czy pani się wydaje, że jak macie tą swoją kulturę, to wam wszystko wolno?” Mówi, że mam nie po kolei w głowie, że przyprowadzam mu „te” dzieciaki, że on nie będzie mi służyć za pediatrę... Pyta co ja sobie wyobrażam. Jak chcę, to niech czekam na poniedziałek, aż przychodnie otworzą. Krytykuje moją „kulturę”.

Śpiąca, zmęczona, zmartwiona stanem dzieci, zaskoczona stoję i nie bardzo to wszystko do mnie dociera... Córcia zwisa mi z rąk, główka jej opada do tyłu, staje się coraz bardziej bezwładna, a jeszcze targają nią wymioty, choć w żołądeczku już nic nie ma... Lekarz tymczasem sobie używa, wrzeszczy po mnie, traktuje jak śmiecia... Gdyby warunki były normalne... gdybym była w lepszym stanie psychicznym w tym momencie. Ale sytuacja mnie przerosła. Wyczerpanie wzięło górę. Nie byłam w stanie nic powiedzieć, nie byłam w stanie bronić swojego honoru, swoich przekonań. Nie tym razem. Starałam się nie słuchać. Prosiłam tylko o pomoc dla swojego dziecka... W końcu lekarz bada małą, zleca pielęgniarce zrobienie zastrzyku przeciwwymiotnego w drugim kącie gabinetu, a tymczasem prosi do środka kolejną pacjentkę...

Mała dostała zastrzyk, a do mnie zaczęło docierać co się właściwie wydarzyło. Starsza pani (ta pacjentka) żałuje biednego dzieciątka, że takie wymęczone, co to choróbsko z dzieckiem potrafi zrobić... Pan doktor także udaje, że się przejmuje. Zwraca się do mnie: „Tak, proszę pani, no to gdyby pani widziała, że się coś dzieje, bardzo proszę przyjść jak najszybciej, nie czekać.” Mam ściśnięte gardło, łzy w oczach, burzę myśli w głowie, ranę w sercu... Jak człowiek wydawałoby się wykształcony może tak potraktować drugiego człowieka, tylko ze względu na to, że ma inną religię? Jak człowiek wydawałoby się kulturalny może tak poniżać inną osobę? Jak może być takim rasistą?

Nie chcę jednak robić scen... Mam jeszcze jedno dziecko w domu, które może się zarazić. Jest niedziela, nigdzie nie znajdę innego lekarza. Człowiek, który nie ma skrupułów pomiatać mną jak szmatą nie zawaha się skrzywdzić mojego dziecka, jeśli nadepnę mu na odcisk... Staram się więc stłumić emocje. Biorę małą na ręce i wracam do domu. Zmęczona, śpiąca, zmartwiona i trzęsąca się z nerwów idę ulicą, tuląc córeczkę, a łzy same leją się po twarzy. Nie jestem w stanie nad tym zapanować. Ludzie się oglądają... niektórzy przystają, przyglądają się... Taaaak... Tego właśnie chciałam, o to mi właśnie chodziło. Właśnie dlatego zostałam muzułmanką, ubrałam takie ciuchy, żeby się wyróżniać. Żeby częściej móc słyszeć takie słowa jak dziś od lekarza, żeby narażać zdrowie swoich dzieci, żeby czuć się upokorzoną. Jednak moja wiara daje mi siłę. Modlitwa potrafi ukoić serce. Wiem, że takie traktowanie to i tak nic w porównaniu z tym, co musiał znosić nasz Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) i pierwsi muzułmanie... Tak że chwała Bogu!

Mogłabym iść na łatwiznę, starać się przypodobać ludziom, nie narażać się na takie sytuacje. Mogłabym zdjąć swoje ubrania, założyć coś „normalnego” (w pojęciu otoczenia) i oszczędziłabym sobie wielu problemów, bólu, łez... Ale tego nie zrobię. To życie to tylko chwilka, marne kilkadziesiąt lat (zazwyczaj), a potem zaczyna się dopiero prawdziwe życie. I tylko od nas zależy jakie będzie. Czy chcemy się narazić na ból i cierpienie w życiu przyszłym, czy zasłużyć sobie na Raj i zapomnieć o wszystkich wcześniejszych kłopotach.

Właśnie dlatego zostałam muzułmanką, właśnie dlatego staram się jak mogę wypełniać nakazy Allaha, żyć zgodnie ze swoją religią i nie przejmować się ludźmi. Nie z żadnych innych pobudek. Ktoś może powiedzieć: „wiarę nosi się w sercu, nie na zewnątrz”. Jednak to Allah będzie sędzią na Sądzie Ostatecznym i będzie On rozstrzygał według Swojego Prawa, które nam już objawił, jasno wytłumaczył. I w tym Prawie nigdzie nie ma napisane „noś wiarę sercu”, za to są wytyczne odnośnie sposobu ubioru, życia, zachowania... Tak że nie jest ważne to, co mówią ludzie, ale to, co mówi Ten, który nas później ze wszystkiego rozliczy.

Niektórzy mówią: „A co, jeśli to wszystko nieprawda? Jeśli po śmierci niczego już nie ma? Jeśli zmagasz się na darmo?” Jednak Allah mówi, że to prawda. Że jest inne, prawdziwe życie po tym krótkim używaniu na ziemi. Mogę mówić, opowiadać o islamie, pokazywać dowody... Niektórych to jednak nie przekona. Zadam więc inne pytanie. A co, jeśli to prawda? Jeśli istnieje Raj i Piekło? Jeśli będzie Sąd Ostateczny? Ja jestem o tym głęboko przekonana i zamierzam dalej kroczyć swoją niełatwą, jednak świadomie wybraną drogą z nadzieją na osiągnięcie upragnionego celu.

Gdyby okazało się (a nie okaże się, bo tak mówi sam Stwórca), że po śmierci niczego nie ma, to żyjąc w zgodzie z własnymi przekonaniami, przestrzegając zasad moralnych, nie szkodząc innym, nic nie tracę. Co najwyżej groziłoby mi, że zmagałabym się z niektórymi problemami na darmo, ale gdyby po śmierci niczego nie było, nie miałoby to już żadnego znaczenia. Za to co, jeśli okaże się, że to, co mówi Allah w Koranie jest prawdą (a bez wątpienia nią jest) i nadejdzie ten dzień, kiedy będziemy rozliczeni ze wszystkich swoich słów, uczynków, z tego, jak bardzo wzięliśmy sobie do serca słowa naszego Pana? Czy ten, kto dzisiaj powątpiewa też wtedy stwierdzi, że nic nie traci?

Nie jestem muzułmanką dlatego, że chcę być inna niż większość ludzi dookoła mnie. Mogłabym pójść na łatwiznę i nie przestrzegać zasad swojej religii. Jednak gra toczy się o zbyt dużą stawkę. Dlatego właśnie przełknęłam tych kilka gorzkich łez, których po dzisiejszych wydarzeniach powstrzymać nie mogłam, jednak teraz w moim sercu znów zagościł spokój. Nie czuję już żalu. Czuję za to litość. Bo mając wizję życia przyszłego przed oczami - żal mi tego człowieka...

Monika

stycznia 27, 2009

niech (nie) żyje bal... czyli muzułmanka na niemuzułmańskim weselu

Kilka tygodni temu miałam okazję - po raz pierwszy odkąd jestem muzułmanką (w maju stuknie siedem latek) - wybrać się na niemuzułmańską imprezę. Żenił się mój starszy brat. Bardzo cieszyłam się na to wydarzenie, bynajmniej nie z powodu imprezy, ale z faktu, że mój brat postanowił zrobić ten odpowiedzialny krok. Niemniej jednak tutaj będzie o dylematach, jakie mogą narastać w muzułmance z racji uczestnictwa w tego typu uroczystości, oraz negocjacjach, jakie musiałam przeprowadzić ze sobą i z rodziną.

Pytanie nr 1: Czy ja, muzułmanka, w ogóle powinnam, w świetle zasad mojej religii, uczestniczyć w ślubie chrześcijańskim i niemuzułmańskim weselu?

Odpowiedź jest dla mnie raczej jasna: dla spokojnego i czystego sumienia – raczej nie. Dlaczego? Jeśli chodzi o ślub w kościele, to jest tak: muzułmanie możemy wchodzić do kościoła, a jakby trzeba było nawet możemy odprawić tam nasze modlitwy, ale już inną sprawą jest uczestnictwo czy bycie obecnym przy obrządku chrześcijańskim. Niestety w liturgii mszalnej występują elementy, które w islamie uznane są za największy grzech, tzw. szirk, jak modlitwy do innych niż Bóg, np. do Jezusa, Marii, pokój z nimi, świętych, czy samo uznanie Jezusa, pokój z nim, za syna Boga i nazywanie go takowym. I większość muzułmańskich mędrców tak nas naucza – że na mszę nie wolno. Aczkolwiek ponieważ znajdziemy wśród nich głosy, że możemy jednak zaszczycić naszą obecnością takie chwile, postanowiłam nie dywagować i posłałam męża, by zapytał kogoś mądrego, co powinnam zrobić: iść na mszę, czy nie iść. Przyniósł jasną odpowiedź: nie. Decyzja zapadła: na mszę nie pójdę.

Potem, na weselu jest tyle rzeczy, przed którymi islam nas chroni i przestrzega, aż okazuje się, że to też nie miejsce dla nas. Mianowicie są to:
  • muzyka, bynajmniej nie o tematyce religijnej, dużo głośniejsza niż zwykle zresztą – zabroniona (patrz: Muzyka w islamie);
  • mieszanie się obcych mężczyzn i kobiet, kontakt fizyczny, wspólne tańce – zabronione (czytaj tu);
  • picie alkoholu, siedzenie przy stole, przy którym inni piją – zabronione: Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) zabronił siedzenia przy stole, gdzie pite jest wino. Przekazano, że Umar ibn al-Chattab (oby Allah był z niego zadowolony) powiedział: „Prorok (pokój i błogosławieństwo Allaha z nim) powiedział:„Ten, kto wierzy w Allaha i Dzień Ostatni, niech nie siedzi przy stole gdzie pite jest wino”. [Ahmad, 126; sklasyfikowany jako autentyczny (sahih) przez al-Albani w Irwa al-Ghaliil, 7/6]
To tak w teorii, a w praktyce okazało się, że z powyższego wynikają jeszcze inne nieprzyjemne dla muzułmanki sytuacje, o których dawno zapomniałam z racji niebywania w takich miejscach, o czym za chwilę.

Pytanie nr 2: Czy zdobędę się na to, żeby nie iść w ogóle, ani na ślub ani na wesele? I jak to wyglądało w praktyce?

Jeszcze zanim nadszedł „wielki dzień”, zdarzyło mi się kilka wpadek. Najpierw, usadzając z moją Mamą gości z naszej rodziny przy wyimaginowanym stole na kartce papieru, zorientowałam się, że moje trzy kuzynki (w wieku licealnym i studenckim) siedzą same, bez osób towarzyszących. Zdziwiło mnie, że brat pominął ten fakt, bo dziewczyny są rozrywkowe, a wśród gości nie zapowiadało się na obfitość singli, tak żeby miały się z kim pobawić. Wykonałam zatem telefon do brata, co on na to, żeby jednak się zapytać, czy chcą kogoś ze sobą zabrać. Okazało się, że moje siostry cioteczne maja stałą ekipę kolegów na wesela (którzy potem okazali się duszami towarzystwa; rozkręcili całą imprezę i obtańcowali wszystkie panie od najmłodszej do najstarszej – no dobra, za wyjątkiem mnie ;-) rzecz jasna) i że z nimi przyjadą. Dopiero po fakcie zdałam sobie sprawę, że przyłożyłam własną rękę do tego, żeby trzem młodym dziewczynom towarzyszyli obcy (z punktu widzenia islamu) mężczyźni, dotykali je i tańczyli z nimi. Zderzenie perspektyw islamskiej i przed-islamem przyprawiło mnie o spore wątpliwości, czy dobrze postąpiłam - niestety dopiero po fakcie....

Podobnie było z pierwszym tańcem. Państwo młodzi odłożyli tę sprawę na dwa dni przed weselem. A wybrali sobie niełatwy kawałek - rumbę. Nauczyciel tańca powiedział im, że w sprawie rumby nie jest w stanie nic zrobić w tak krótkim czasie, ewentualnie może postarać się o walca, co nie bardzo było po myśli mojemu bratu lubiącemu oryginalność. Ponieważ wcześniej już pokazałam mu krok podstawowy do rumby (tańczyło się towarzyskie swego czasu), zaczął ładnie prosić, bym im jednak pomogła. Z początku powiedziałam, że nie. Jednak później, chęć uratowania sytuacji i pomocy bratu zainspirowała mnie do ułożenia krótkiej jednominutowej choreografii. Ćwiczyliśmy dwa dni, mimo że kiedy przyszło co do czego, zatańczyli tylko krok podstawowy i parę obrotów. I czy dobrze zrobiłam przyczyniając się do tego, że dwoje obcych sobie jeszcze (znów w świetle islamu) ludzi tańczyło ze sobą przy zabronionej muzyce przed i potem na weselu? Z drugiej strony, pewnie i tak by to zrobili, i tak tańczyli ze sobą już nie raz, ale wolałabym była jednak, dla spokoju ducha, uniknąć udziału w tym.

Kolejna nieoczekiwana sytuacja zdarzyła się, kiedy na kilka dni przed weselem razem z Mamą pojechałyśmy do miasta załatwiać różne pilne sprawy. Odkąd mam prawo jazdy, wyręczam Mamę za kółkiem, co sprawia nam obu ogromną frajdę. Na liście sprawunków nie było nic, co wzbudzałoby podejrzenia. Jednak kiedy wpadłyśmy do jej gabinetu (Mama jest lekarzem), przypomniała sobie nagle, że musi przecież odebrać wina zamówione na wesele w nowym sklepie z winami tuż na przeciwko jej miejsca pracy. O zgrozo, myślę sobie! Najpierw musiałam zakomunikować Mamie, że nie pójdę z nią do sklepu i nie pomogę przytachać skrzynek z winami. Sumienie gryzło mnie jak nie wiem co, bo Mama była zmęczona i od kilku dni doskwierał jej łokieć; poza tym z zasady nie pozwalam, by cokolwiek dźwigała w mojej obecności. A kiedy już przytaszczyła skrzynki i zapakowała je do bagażnika, znalazła mnie na miejscu pasażera wręczającą jej kluczyki, aby dalej prowadziła ona. A wszystko to ze względu na słowa Proroka, pokój z nim: „Dziesięć rzeczy związanych z khamr (winem, napojami alkoholowymi, ogólnie środkami odurzającymi) zostało przeklętych: khamr sam w sobie został przeklęty; ten, kto go pije; podaje; sprzedaje; kupuje; wytwarza; kto o niego prosi; kto go przynosi; ten, dla kogo się go niesie i ten, kto zjada jego cenę”. [Imam Ahmad, Abu Daud i Ibn Madżah] W przypadku alkoholu postanowiłam pozostać nieugięta. Chwała Bogu.

Możecie sobie wyobrazić, że w polskiej katolickiej rodzinie opuszczenie mszy ślubnej przez jednego z członków to nie byle jaka rzecz, mogąca urosnąć do zniewagi i braku tolerancji – a co za tym idzie nieprzyjemności ze strony najbliższych. Musiałam zatem znaleźć sposób, aby wytłumaczyć własnej rodzince, jak również swachom, czyli teściom brata, że we mszy udziału nie wezmę. Dzieki Bogu, sprawa nie okazała się aż tak trudna. Główny bohater – mój brat, nie wyraził zdania na temat, jego już dziś małżonka zaakceptowała wiadomość również bez pytania; Mama przyjęła to z właściwą jej naturalnością, ale kiedy Tata zaczął oponować, przyłączyła się do niego z pytaniami (choć u niej bardziej wynikają z ciekawości niż chęci protestu): no bo dlaczego, a co mi szkodzi, przecież muzułmanie i chrześcijanie mają takie rzeczy już za sobą - ile razy modlili się razem w kościele na różnych konferencjach dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego, że przecież nawet nie muszę się modlić, etc. Teraz, przyszła kolej na mnie. Powiedziałam wprost, że biorąc pod uwagę moje zasady, w ogóle nie powinnam iść ani tu ani tam, i że idąc na samo wesele, gdzie będzie bardzo dużo (właściwie większość) rzeczy wg mnie złych i zabronionych, robię i tak wielki wysiłek i sporo omijam, z czym nie jest mi lekko na sumieniu. Chciałam, żeby zrozumieli, że takie wydarzenie wiąże się dla mnie z ukrywanym złym samopoczuciem (mimo dobrej miny) i wieloma dylematami moralnymi, których oni nie mają, i o których wiedzieć przecież nie muszą. I podziałało, chwała Panu. Moja rodzina to naprawdę wyrozumiali i tolerancyjni ludzie.

Potem przyszedł moment, kiedy odwiedziły nas swachy i Mama chcąc uprzedzić, co by nie było niespodzianek w dniu wesela, powiedziała swachowi, że mnie na ślubie nie będzie. Teść mojego brata to bardzo otwarty człowiek. Już wcześniej wypytał o masę rzeczy, nie tylko związanych z islamem i nie było dla niego problemem zapytać, dlaczego nie wybieram się do kościoła. I powiem Wam, że lubie taką postawę u ludzi, bo często mam wrażenie, że większość nie ma śmiałości pytać albo wydaje im się to tematem prywatnym, tabu, którym można urazić. Wytłumaczyłam grzecznie, że problemem nie jest samo wejście do kościoła, lecz niestety we mszy są elementy zabronione w islamie, przy których nie mogę być obecna. To wystarczyło bez potrzeby wdrażania się, jakie konkretnie...

Na weselu, mimo wszystko, postanowiłam się pokazać. Podejrzewam, że bratu bardzo na tym zależało i cieszył się z mojego udziału w tak ważnym dla niego wydarzeniu życiowym, zresztą nie tylko on, ale i moi rodzice. Zrobiłam to zatem dla nich, dla zadowolenia rodziny... Tu pojawia się największy dylemat: kogo wolisz zadowolić – Boga (wystrzegając się niemiłych Mu rzeczy) czy bliskich? I, co gorsza, na czyj gniew wolisz się narazić: Boga, czy rodziny?

Jak potoczyła się impreza? Wśród zgromadzonych znajdowali się znajomi rodziców, którzy pamiętają mnie jeszcze z wieku przedszkolnego, moi znajomi z dzieciństwa i podwórka oraz inni już z czasów liceum. Większość dawno nie miała okazji mnie widzieć, tak samo ja ich (w Polsce nie mieszkam od 7 lat), a to zobowiązuje i wzbudza ciekawość. Co rusz ktoś podchodził, chciał sobie zrobić zdjęcie, chwilkę porozmawiać, sprawdzić, czy jednak szczęśliwa jestem z mężem Arabem i z niełatwą, ograniczającą mnie z pozoru religią (pytanie o moje szczęście padło podejrzaną ilość razy, tak samo jak stwierdzenie: „niełatwą wybrałaś sobie drogę” - obydwa ze znaczącą dozą troski w tonie głosu pytających, stąd nieinaczej interpretuję pobudki... ). I oczywiście ze strony pań nie ma problemu, jednak kiedy panowie przystąpili do wykonania tego zadania, przypomniałam sobie nagle o niekontrolowanym geście delikatnego ujęcia za ramię, bądź nawet za łopatkę, na jaki pozwalają sobie w rozmowach z kobietami przy takich spotkaniach. Dotknięcie mnie w ten sposób było dla nich czymś absolutnie naturalnym, podczas gdy mnie wprawiało w osłupienie – na przestrzeni ostatnich lat zapomniałam, że coś takiego istnieje! Tak samo przybliżenie męskiego ucha do mojej buzi, kiedy coś mówiłam - ogłuszająca muzyka uniemożliwiała rozmowę na „właściwą” odległość – budziło we mnie odruch odskoku. I jak tu wytłumaczyć 20 dorosłym facetom przysłowiowe „rączki i uszki przy sobie”? Byłoby to zbyt uciążliwe, i tak sporo wysiłku włożyli w zahamowanie odruchów całuśnych przy powitaniu, ograniczając się do podania mi dłoni, a ja w tłumaczenie każdemu z osobna, że nie dostąpią zaszczytu zatańczenia ze mną... Mimo dobrej miny, czułam się z tym wszystkim bardzo niewygodnie...

Po przybyciu państwa młodych, na początek toast szampanem, z którego byłam wykluczona (o zestawie wegetariańskim pomyślano, dzięki Bogu, ale nie wymagałam kieliszka z sokiem jabłkowym i wodą sodową specjalnie dla mnie na pierwszy toast, hehe). „Sto lat” zaśpiewałam razem ze wszystkimi – nie powinnam była. Niestety, z tyloma niewskazanymi dla mnie rzeczami, jakich byłam świadkiem, trudno było mi zapanować do końca, co wypada a co nie... Zasiedliśmy do stołu. Usadzono mnie fatalnie - przy samym parkiecie (sic!), z którym przecież i tak nie miałam mieć wiele wspólnego... Widok rozbrykanych w rytm muzyki par również nie stanowił dla mnie atrakcji... Jedyne co z tego wynikło to, że rozmawiając z osobą obok, musieliśmy starać się przekrzyczeć dudniące głośniki. W parę sekund, za co chwila ponawianymi namowami DJ-ja, kieliszki na stole zostały napełnione i zaczęły się toasty – ja więc znalazłam się przy stole, gdzie jest pity alkohol, a w Boga i Dzień Ostateczny wierzę... Potem była gorzka wódka – na co wraz z młodszym bratem odwróciliśmy wzrok (jego mdliło, hehe, a ja nie lubię poznawać intymnych aspektów życia innych ludzi, tym bardziej mojej rodziny, ani werbalnie a już broń Boże stać się ich naocznym świadkiem!). Zdarzył się też konkurs na najbardziej rozbawiony stół na sali, a że siedziałam z młodzieżą, której wyobraźni nie brakowało, musiałam oddalić się na chwilę, kiedy zaczęli wchodzić pod stoły, itp.

Najbardziej nieprzyjemne chwile na całym weselu zaserwował mi jeden znajomy z dzieciństwa, rówieśnik, którego nie widziałam ponad 10 lat. Głębokie, zdradliwe kieliszki i lekka głowa w jego wydaniu zmusiły mnie w pewnym momencie do wydania jasnego komunikatu: „Kolego, 30 cm dystansu ode mnie”. Minęły lata odkąd po raz ostatni miałam do czynienia z ludźmi pod wpływem alkoholu. Jak wyraźnie zobaczyłam tamtego dnia, co ów napój potrafi zrobić z człowiekiem, zamienia go w inną osobę, która nie kontroluje swoich słów, ruchów, czynów... Dziś wiem, dlaczego jest zabroniony i że to jest dla nas – ludzi, lepsze.

Suma sumarum, nie mam wątpliwości, że to była próba, i że nie zdałam jej do końca pomyślnie... Moja rodzina jest zadowolona, ale ja... mam sporo do odpokutowania i czy Bóg jest ze mnie zadowolony? Postanowiłam, że nigdy więcej nie powtórzę owego błędu, insza Allah.

Iman